Podobno nie ma nic gorszego niż lokalny patriotyzm. On nie pozwala ci krytycznie spojrzeć na to, co dzieje się w twoim mieście, wsi, kraju. Każda krytyka Twojej „małej ojczyzny” sprawia, że wyrastają Ci skrzydła husarii i masz ochotę zrobić z hejterami to, co zrobił Sobieski z Turkami pod Wiedniem. Zaorać. Jednak wszystko ma swoje granice. Nadchodzi moment, kiedy wyjeżdżasz z rodzinnego miasta czy wsi i z perspektywy odległości, czasu i ludzi dostrzegasz rzeczy, które spychałeś na margines.
Kocham góry. Kiedyś napisałabym, że kocham Zakopane i ludzi tu mieszkających. To było kiedyś. Teraz jak mam jechać do Zakopanego jestem chora. Nie ma Zakopanego. Jest Bangladesz obwieszony tysiącem reklam, sprzedający wszelkie możliwe badziewie produkowane w Chinach i wmawiający ludziom, że kebab, znaczy przepraszam – góral burger, jest potrawą typowo góralską. Wkurza mnie, że to wszystko co się dzieje stawia to miejsce na równi z jakimś dzikim jarmarkiem na skraju dżungli, a góral jest postrzegany jako pazerna jednostka czyhająca na biednego, zagubionego turystę. Kiedyś za takie stwierdzenie bym zagryzła. Zarzucając adwersarzowi ignorancję. Teraz ze wstydem przyznam mu rację.
Co otrzymamy kupując markę Zakopane? Pomyślmy. Na wjeździe wielkie reklamy zasłaniające góry oraz wyskakujących prawie pod koła „hotelarzy” z tabliczką „wolne pokoje”. Jak jesteśmy pasjonatami PKP lub PKS to na dworcach wpadamy w objęcia następnych miłośników hotelarstwa. Czy muszę mówić, że w znakomitej większości przypadków Ci hotelarze są po wprowadzeniu pierwiastka magicznego do organizmu? Jak ktoś mało asertywny to trafia do takiego „hotelu” i zdziwiony, że nocleg owszem 20 zł, ale trzeba dopłacić za widoki, czystą pościel ciepłą wodę i przepalony uśmiech gospodyni. No ale dobra, w końcu wczasy. Jak już uiścimy wszystkie opłaty, dopłaty i taksy klimatyczne wypadamy na miasto. Tu mała dygresja – chyba wydam przewodnik pt. „Jak nie dać się wydutkać w górach”. Zacznijmy od busów, teraz jest trochę lepiej, ale pamiętam czasy, kiedy jeździły cuda techniki z pufami kanapowymi w środku. Podkreślam – trochę lepiej jeśli chodzi o technikę motoryzacji. Mieszkam przy dość ruchliwym punkcie turystycznym i obserwuję takie akcje w wykonaniu „busiarzy” – albo wyścigi, bo kto szybciej ten pierwszy w kolejce, albo zatrzymywanie się znienacka i bez kierunkowskazów, bo ktoś zamachał. Cenniki też mają ruchome. Zakopane to chyba jedyne miasto, w którym na jednego turystę przypada jeden bus. W sezonie jest szał. Poza sezonem, jak jesteś mieszkańcem to idź sobie na nóżkach i podziwiaj widoki, bo częstotliwość kursów spada o jakieś milion procent. No ale dobrze, załóżmy, że dojechaliśmy do Zakopanego. Jak dojechaliśmy autem to mamy problem, bo nie ma gdzie zaparkować. Zakopane słupkami oraz niestrzeżonymi, płatnymi parkingami stoi. No ale może mieliśmy farta i pan z rejestracją WI przestał zajmować jednym samochodem 3 miejsca.
Zaparkowaliśmy czy tam wysiedliśmy z busa i kierunek Krupówki. Jeśli jesteśmy miłym singlem bądź singielką, tudzież grupą młodych ludzi to pół biedy. Idziemy się nawalić i spokój. Gorzej jak jesteśmy rodziną z dziećmi. Spacer po Krupówkach to niezła szkoła przetrwania. Co mamy na Krupówkach? Odpowiedź brzmi – wszystko. Mamy wiecznie pijane wiewiórki, lisy, kotki, Hello Kitty, diabełki oraz inne zwierzątka oferujące za jedyne 5 zł zdjęcie. Mamy również pana górala z owieczką, taką żywą. Sobowtóra Janosika, pana z kukiełką, pana z wężem, psa zbierającego na kiełbaskę, panie z Cocomo, niezliczoną ilość artystów oraz bajzel, nad którym nikt nie panuje. Jak już nam obrzydnie szał robienia zakupów a w biurze promocji i tak nam nikt nie udzieli informacji co się dzieje, bo się nic nie dzieje, to możemy udać się do jednej z pseudo góralskich knajp i zjeść niewątpliwie góralski stek amerykański, kebab, tortillę lub „gofera z dżemorem”. W ogóle zakopiańska gastronomia to twór, który zasługuje na osobną książkę. Pan Michelin, ten od gwiazdek, najprawdopodobniej wsadziłby sobie klucz do opon w oko, gdyby spotkał go zaszczyt spożywania na Krupówkach. Nie twierdze, że wszystkie knajpy są be. Nie. Ale niestety te, które propagują fajną kuchnię, kuchnie oparta na lokalnych produktach, na wiedzy kucharzy, nie sprzedają obiadów za 9 zł, są droższe i w znakomitej większości znajdują się poza centrum,a czasem poza Zakopanem. Mogę być niesprawiedliwa, mój błąd, ale bardzo chciałabym się mylić. Tak myślę, że sukcesywnie zacznę opisywać restauracje, w których byłam. Tak od a do z. Ale o tym kiedy indziej.
Jak już zjedliśmy i wytłumaczyliśmy dziecku, że słoń nie jest zwierzątkiem tatrzańskim i nie musi mieć figurki słonia z napisem „Zakopane”, pora kupić pamiątki. Zestaw każdego turysty wygląda tak: kapelusz, ciupaga, sweter, pantofle i oscypki. Zajmijmy się tymi ostatnimi. Kocham, wręcz uwielbiam oscypki, bundz i bryndzę! Miłość moja kwitnie od maja do października. Wtedy mamy mleko, więc oscypek jest taki, jak ma być. Poza tym okresem kupujemy wyrób oscypkopodobny lub mrożony z lata. Przykre jest, że wciska się ludziom ciemnotę, że to, co sprzedaje się na Krupówkach i składa się z mleka głównie krowiego, to jest oryginalny oscypek i tak ma być.
A jaki jest ten prawdziwy oscypek? Oryginalny owczy oscypek uważany jest za luksusowy przysmak. Na jeden ser ważący niespełna kilogram potrzeba 6-7 litrów mleka. Dawniej szanujący serowarski honor bacowie robili oscypki dopiero w drugiej połowie lata, kiedy mleko owcze jest tłustsze i zawiera więcej odżywczych składników. Obecnie wyrabia się je przez cały sezon pasterski. Oryginalny oscypek z pełnego owczego mleka jest gładki i lśniący od tłuszczu. Świeży po przekrojeniu powinien być elastyczny i mieć żółtawy kolor. Taki jest najsmaczniejszy, ale przechowywany nawet kilka tygodni nie zepsuje się, tylko wyschnie. Można go łatwo odświeżyć, wkładając na chwilę do lekko nagrzanego piekarnika. Jeśli możecie to skorzystajcie ze „szlaku oscypkowego”.Trasa tego szlaku jest dostępna w Tatrzańskiej Agencji Rozwoju Promocji i Kultury. W miejscach oznaczonych można kupić sery, nad którymi ktoś sprawuje kontrolę, które najlepiej oddają oryginalny smak i które przekonają was o swojej wyjątkowości.
Co zrobić jak już mamy w ręku prawdziwe sery z Podhala? Zjeść. Ale jak mało nam jedzenia serków „gołych” to eksperymentujmy. Zdradzę wam parę pomysłów.
Oscypek – dla mnie najlepszy. Ostry, słony i pyszny. Można go grillować, ale proponuję robić to na patelni, bo na grillu przeleci wam przez kratki. Grillowany podajemy z żurawiną lub konfitura z czerwonej cebuli. Można użyć go do pizzy i grzanek. Startym posypać sałatę lub placki ziemniaczane.
Bundz – najlepszy jak już lekko kwaśny, słodkiego nie lubię. Pomidory, bundz, sos z pietruszki oraz czosnku i mamy odpowiedź na włoskie caprese.
Bryndza – świetna w pastach kanapkowych, roztarta z solą i czosnkiem.
Jako że mamy sezon spodziewajcie się kilku fajnych przepisów. Może uda mi się niektórych przekonać do tych wyjątkowych serów i do tego, że Podhale to nie tylko Zakopane i Białka, że Podhale to świetna kuchnia, mili i ciepli ludzie, kultura, sztuka, piękne widoki i gościnność.



Dobrze jest poczytać opinie kogoś, kto spędził w Zakopanem więcej czasu niż tylko tydzień urlopu 🙂 taką samą traumę przeżywa się latem nad morzem, takie Mielno dla przykładu, poza sezonem jest całkiem przyjemne.
Co do oscypka – dobrych rad nigdy za wiele, bardzo przydatne uwagi! 🙂
Nominowałam cię do Liebster Blog Award – szczegóły http://mojekulinarnewyprawy.blogspot.com/2014/05/homemade-zapiekanka.html