Placuszki z czerwonej soczewicy

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jeśli spodziewaliście się tutaj wynurzeń z gatunku soft porno to muszę was rozczarować. Dziś trochę wspomnień o początkach gotowania, o zabobonach kulinarnych, trikach i sztuczkach oraz modzie na „stanie w garach” i na koniec maleńki przepis na kotleciki z soczewicy.

To, że gotuję zawdzięczam mojej mamie, która ze stoickim spokojem tłumaczyła, znosiła spalone rzeczy i uczyła. Pewnie dlatego, żeby kiedyś nie spłonąć ze wstydu przed zięciem, a tym samym zwiększyć moją „atrakcyjność” na rynku panien do wydania. Pewnie gdyby nie ona i jej delikatne zachęty do gotowania, moja wiedza zakończyłaby się na pomidorowej, ogórkowej, rosole i schabowym. Tymczasem zaczął się szał, którego nawet Podkowiński by nie namalował, a wierzcie mi, ten potrafił amok pędzlem oddać i to podobno na trzeźwo! Ale kto by tam wierzył artystom.

Z roku na rok wzrastało moje zacięcie do gotowania, telewizja serwowała kolejne programy kulinarne, a wraz z rozwojem internetów pojawiały się skarbnice przepisów, zdjęcia, blogi i samozwańczy guru gastronomiczni. Miało to swoje dobre strony, taki na przykład Józef ze Swarzędza wiedział, że Michelin to nie tylko opony, ale też gwiazdki, pewnie myślał, że gwiazdki na oponach, ale liczy się to, że lekko horyzont mu się przesunął. Przed oczami migały mi krewetki, steki, kalmary i duriany. W końcu doszło do tego, że „Szał” Podkowińskiego, przy moich poczynaniach powinien nosić tytuł „Relaks w sanatorium”.

I wtedy na scenę wkroczyły kulinarne czarownice i zaczęło się straszenie. A to zmutowanym łososiem, a to zabójczym glutenem, cukrem, solą, a to napromieniowanym kurczakiem i rybami świecącymi w ciemnościach. Strach otworzyć lodówkę i gotować. A przecież ostatnią czarownice w Polsce spalono 200 lat temu, więc skąd do ciężkiej cholery się one biorą? Podobno odpowiedź brzmi, że pracują dla wielkich koncernów spożywczych albo dla wegan. Czarownice pracujące dla wegan dokładają jeszcze wizję kur umierających na depresję z powodu zabrania jajek oraz krów w urojonych ciążach albo na odwrót już nie pamiętam. Czy nie może być tak, że wszyscy, bez względu na preferencje żywieniowe jakoś koło siebie żyją, bez posyłania na stos z powodu spożytej szynki? Czy próba przekonania kogoś do swojej diety musi łączyć się z obrazkami flaków zwierząt i straszeniem mękami piekielnymi? Nie można zaprosić mięsożerców i napchać ich pysznym jedzeniem? Podejrzewam, że bardziej do ludzi przemówi taka forma, niż pokazywanie ociekającej krwią głowy krowiej, wycelowanym w mięsożercę paluchem i sykiem „umrzesz”. Ale mogę się nie znać, w kraju gdzie zarejestrowanych jest 100 tysięcy znachorów wszystko jest możliwe.

Szkoda tylko, że w tym całym amoku na zdrowie ludzie ogarnięci misją dziejową nie zwracają uwagi na wzrost świadomości konsumenckiej. Kurczak jest fuj i śmierdzi. Co z tego, że ma znaki jakości i ktoś nad tym czuwa. Fe, śmierdzi i koniec. I jak się go spożyje to się umrze na wszystko od gruźlicy po celiakię, coś na wzór rzymskiego „Ab ovo usque ad mala”, czyli od jajka do jabłka, tylko że z chorobami, a nie jedzeniem. Jak się tak człowiek nasłucha, naczyta i odeprze ataki, to każde wyjście na zakupy przypomina seans spirytystyczny albo rosyjską ruletkę. Zagryzie nas ten zmutowany cycek kurzęcy czy nie? Jedno jest pewne – kiedyś kuchnia łączyła, dzisiaj dzieli coraz częściej. Mam w swoim otoczeniu i wegan i wegetarian i wielbicieli steków krwistych. Da się ich pogodzić tylko się trzeba nagimnastykować i przy stole nie dopuszczać do indoktrynacji żadnej ze stron.

Dziś przepis na placuszki z czerwonej soczewicy.  Postaram się przepis napisać tak, żeby i wegetarianie i weganie mogli je zrobić dla siebie, jednym słowem będą zamienniki 🙂

  • pół kg soczewicy czerwonej ( zielona wizualnie nie wygląda za fajnie)
  • liść laurowy
  • pół cytryny
  • dwa ziarenka ziela angielskiego
  • ząbek czosnku
  • pół kostki fety / weganie szklankę zmielonej białej fasoli
  • jajko całe i jedno żółtko / weganie pół szklanki mleka sojowego
  • mąka pszenna / Ci bojący się glutenu mąka kukurydziana lub ryżowa
  • pęczek dymki drobno posiekany
  • gałka muszkatołowa
  • mielony kminek
  • sól, pieprz i dwa drobno roztarte ząbki czosnku
  • pół łyżeczki czerwonej słodkiej papryki
  • odrobina papryki ostrej

Soczewicę gotujemy z zielem, cytryną, ząbkiem czosnku i listkiem laurowym. Gotujemy do miękkości, takiej na granicy rozpadu. Wyciągamy przyprawy, cytrynę i czosnek. Lekko traktujemy tłuczkiem do ziemniaków i zostawiamy do ostygnięcia. Do przestudzonej soczewicy dodajemy fetę lub fasolę i mieszamy, ma być zwarta masa. Do tej masy dodajemy jajko bądź mleko sojowe, znowu mieszamy i stopniowo dosypujemy mąkę. Ma być gęste ciasto w którym łyżka stoi. Doprawiamy dość mocno. Na koniec dorzucamy dymkę i mieszamy. Smażymy małe placuszki na niewielkim ogniu. Odsączamy na ręczniku papierowym. Podajemy z jogurtem i szczypiorkiem, weganie ten punkt pomijają 🙂

Kategorie: Bez kategorii, Przystawki, i Zielone.

Konwersacja przy stole

  1. No i przy tych zamiennikach wychodzi na to, że weganie mają mniej smaku w jedzeniu. Lubię fasolę, ale nikt mi nie wciśnie, że serowsza jest od fety. A, i na koniec weganie szczypią sam szczypiorek 🙂