Gulasz wołowy z warzywami

Ponoć z każdego związku można coś wynieść. Jedni wynoszą samochody, domy i zegarki, inni długi, dzieci, kredyty. Ja wyniosłam przeświadczenie, że nikt mnie już nie pokocha, umrę w samotności, zjedzona przez koty, a jak nie koty to świat mnie pożre natychmiast po tym, jak zostawię Bóstwo oraz kiepsko mi w zielonym. Wyniosłam też wiedzę.

Pisałam wam kiedyś, że mój były to szef kuchni, z tych zdolnych, z wielkim ego i takim przekonaniem o własnej zajebistości, że to cud był, że zwrócił na mnie uwagę. Bardzo długo żyłam w przekonaniu, że osobnika zesłały mi niebiosa i wszystkie Harlekiny nabierają kształtu. Po jakimś czasie okazało się, że pana W to nie niebiosa zesłały, tylko Szatan wysłał. Musiałam w poprzednich wcieleniach strasznie nagrzeszyć i siła sprawcza pokazała mi środkowy palec, sycząc: „Czas na pokutę! Masz pana W!”. Pan W uczył mnie gotować, wykazywał przy tym wybitną cierpliwość, gdyż po pierwsze moje zachwyty łaskotały jego rozdęte ego, a po drugie twierdził, że baby są tak beznadziejne w gotowaniu, że i tak nie przyswoję niczego. Pewnie się zastanawiacie, co trzymało mnie przy tak „wybitnej” jednostce? Nie wiem i nie chce wiedzieć. Ważne, że wyniosłam z tego związku przepis na genialny, sycący gulasz wołowy. Gulasz, który zrobiłam kiedyś sama, podałam szefowi pana W, szef orzekł, że o niebo lepsze niż gulasz pana W. Pana W trafił szlag i przestał mnie kochać w ciągu 3 sekund. Fakju kartoflu zapyziały, orzekło moje serduszko, zapakowało nóż oraz sporo wiedzy i udało się na inne kuchnie, szkolić dalej.

Jedno zawdzięczam panu W – tak mnie wtedy wkur… znaczy zdenerwował, że postanowiłam uczyć się gotowania, szukać, jeździć, jeść, wąchać i robić to ciągle. Mało mnie satysfakcja nie rozwaliła, jak któregoś dnia orzekł, że teraz to ja bym mogła go uczyć. Miał przy tym taką minę, jakby to wyzwanie miało mu zęby wyrwać. Z biegiem czasu przepis na gulasz modyfikowałam, dodawałam składniki, poznałam Najcierpliwszego, który dał mi kopa do działania i udowodnił, że jednak nie umrę sama i koty mnie nie zjedzą, gotowałam, próbowałam, a pan W został alkoholikiem. Czyli jest psiamać sprawiedliwość na tym świecie 😀

Gulasz jest mega sycący, więc możecie podać go tylko z chlebem. Poza chwilą przygotowania robi się sam. Nie musicie nad nim stać, wszystko dzieje się w piekarniku, więc można śmiało powiedzieć, że ten gulasz jest idealny na niedzielę, z cyklu leniwych niedziel. Ja robię go więcej. Można go zamrozić, można odgrzewać, przechowywać w lodówce przez 3 -4 dni. Przepis jest szkieletem, na którym możecie budować swoje smaki. Komponować swoje zestawy przypraw. Możecie go zagęścić mąką, ja tego nie robię, bo nie lubię. Tak samo, jak nie lubię zasmażek. Spróbujcie najpierw mojej wersji, a potem poprawiajcie, dorzucajcie, odejmujcie.

Potrzebujemy:

  • 2,5 kg udźca wołowego
  • 200 g wędzonego boczku
  • około 2 litrów bulionu wołowego lub warzywnego
  • 4 marchewki
  • 2 pietruszki
  • 1 mały seler
  • około 500 g fasoli świeżej Piękny Jaś
  • około 300 g (cały słoiczek) papryki konserwowej – używam tej marki Orzech
  • 700 ml passaty pomidorowej
  • 200 g dobrej jakości koncentratu pomidorowego (ja używam Złoty Bażant)
  • 3 łyżki harissy – tu możecie sprawdzić jak ją zrobić
  • sól, pieprz
  • łyżka słodkiej papryki
  • 1 łyżeczka ostrej papryki słodkiej
  • 5 ząbków czosnku, przeciśnięte przez praskę
  • 1 łyżka majeranku
  • kilka ziarenek jałowca
  • ½ łyżeczki cząbru
  • 1 łyżeczka suszonego czosnku niedźwiedziego.

Przygotowanie:

  1. Mięso i boczek kroimy na odpowiadające nam kawałki.
  2. Piekarnik nagrzewamy do 230 stopni i szykujemy brytfankę lub gęsiarkę z przykryciem.
  3. Do naczynia wlewamy bulion i dorzucamy ziarenka jałowca.
  4. Rozgrzewamy patelnię z niewielką ilością oleju i obsmażamy partiami mięso i boczek. Kawałków na patelni musi być relatywnie mało, żeby mięso się zrumieniło. Duża ilość mięsa spowoduje, że nie zrumienimy go, tylko udusimy. Na pocieszenie powiem wam, że to jest najbardziej pracochłonna część tego dania.
  5. Obsmażone kawałki przekładamy do bulionu.
  6. Patelnię po smażeniu deglasujemy odrobiną bulionu. Wlewamy chochelkę płynu na patelnię i drewnianą łyżką zbieramy wszystko z dna i dodajemy do naczynia z mięsem.
  7. Naczynie przykrywamy i wsadzamy do nagrzanego piekarnika.
  8. Warzywa obieramy i kroimy w kostkę.
  9. Jeśli używamy świeżego Jasia, nie robimy z nim nic. Jeśli suszonego – dzień wcześniej musimy go namoczyć na minimum 10 h. Wypłukać i ugotować na półtwardo.
  10. Po 1,5 h dodajemy do mięsa fasolę i nie zmniejszając temperatury, przykrywamy naczynie i wsadzamy na 40 minut.
  11. Po 40 min dodajemy warzywa korzeniowe i wsadzamy na kolejne 40 min. Sprawdzajcie miękkość warzyw. Różne kawałki, różne piekarniki – to zawsze jest czas orientacyjny. Trzeba próbować i w miarę potrzeby wydłużać lub skracać czas.
  12. Gdy warzywa, fasola i mięso będą miękkie, dodajemy passatę, harissę i rozprowadzony ze sporą ilością bulionu z naczynia, dokładamy koncentrat oraz czosnek. Gdybyśmy dodali wcześniej, kwas zawarty w pomidorach mógłby utrudnić dogotowanie składników.
  13. Mieszamy i doprawiamy, dodajemy pokrojoną w cieniutkie paseczki paprykę konserwową.
  14. Zmniejszamy temperaturę do 190 stopni i wsadzamy odkryte naczynie jeszcze na 30 min.

Gotowe!

Co do tego pasuje?

Pajda świeżego chleba, pita, kasza, kuskus, kładzione kluski, kluski śląskie i tradycyjny ogórek kiszony.

Kategorie: Główne.

Konwersacja przy stole

  1. Alicja

    Czy ta fasolka się nie rozgotuje? Ugotowana na pół twardo i potem jeszcze tyle w piekarniku? Czy może być fasolka z puszki już gotowa i kiedy ją dodać żeby się nie rozpadła?

  2. Aga

    Surowa świeża lub ugotowana na półtwardo, dojdzie bez problemu. Jeśli używamy takiej ze słoika, to dodajmy ją na ostatnie 30 min

  3. Martyna

    A jak daje suchą fasolę zamiast świeżej to jak z jej ilością? Te pół kilo to powinno być dopiero po ugotowaniu, tak?