Głód, bezrobocie, wojny, dziura ozonowa? To wszystko mały pikuś. Zlot Food Trucków Kraków to dopiero przeżycie :)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

Nie ma podobno kobiet idealnych, zaś te które są swoje wady przysłoniły biustem. To doskonale tyczy się jednej pani na zlocie food trucków, ale po kolei.

Wyjdę na marudną, czepialską i upierdliwą księżniczkę , której nic nie pasuje, ale trudno, raz w miesiącu może mi się skumulować i mogę ponarzekać. Jest mało prawdopodobne, że zostanę ładną blondynką i na dodatek ekspertem od broni nuklearnej światowej sławy. To dodatkowo pogłębia moją frustrację i przygnębienie. I gdyby nie moje wrodzone lenistwo, dołączyłabym na Facebooku do grupy „Biegam bo mnie ludzkość wkurwia”. Już spieszę z wyjaśnieniem co tak wzburzyło mym jestestwem, bo przecież wszystkiego na hormony się zwalić nie da: street food.

Naparzyłam się na wszelkiego rodzaju programy o jedzeniu z ulicy, ślina mi ciekła jak buldogowi. Śniły mi się burgery, makarony, robaki w cukrze, gotowane kukurydze i inne cuda na patyku. Przecież te dwa i pół miliarda ludzi, którzy dzień w dzień korzystają z ulicznego jedzenia nie może się mylić. Podążając za radą Anthonego B, wielkiego orędownika street foodu patrzyłam tęsknie i czekałam. I się w końcu doczekałam. Zlot food trucków. Całe trzy przystanki ode mnie. Można się nażreć i wrócić spacerem. Niebiosa otworzyły się przy akompaniamencie Young Poppy – If You Want a Burger. I gdyby mój wewnętrzny rozsądek chociaż raz posłuchał Najcierpliwszego, to mój entuzjazm byłby mniejszy, a tym samym nie nuciłabym pod nosem mantry relaksującej, żeby nie zagryzać każdego jęczącego hipstera w przykrótkim sweterku. Swoją drogą, jeśli to jest dostępna pula męskich genów, to jesteśmy w dupie.

Na początku ukłony dla organizatora – upchnąć tyle food trucków na 3 metrach kwadratowych i wyprodukować tylko jedno bajoro – szacun. Ale nie czepiajmy się szczegółów. Sama gotowałam w gorszych warunkach. W sumie fajnie, bo zrobiła się jedna kolejka nie wiadomo do czego, ale stała twardo, potem ktoś nieśmiało rzucił, że to taki pociąg donikąd i wam powiem, że ci hipsterzy to się powinni histerzy nazywać. Jeden prawie płakał nad maczanką po krakowsku, tak go wybór wzruszył. A swoją drogą maczanka po krakowsku to było bodajże jedyne danie z Krakowa, nie licząc kiełbas. Wychodzi na to, że regionalną potrawą krakowską jest burger i krewetki. Mam tylko nadzieję, że krewetek w Wiśle nie łowili. Ale wróćmy na moment do maczanki po krakowsku. Czy ktoś może wie gdzie w okolicach Krakowa jest plantacja papryczek jalapeno? Oraz czy gdzieś w Krakowie, od niepamiętnych czasów robią chutney z mango? Tak pytam tylko. Grunt, że hipsterzy szczęśliwi. Jeden tylko siorbał gilem bo mu chutney Iphona zapaskudził. Shit happens.

Wróćmy do jedzenia. Nie będziemy podawać nazw food trucków, bo było, minęło, a jak naród ciekawy to sobie sam znajdzie lokalnego przedstawiciela żarcia z wózka i dokona obserwacji. Urzekła nas urocza pani w koronie na głowie, sprawiająca wrażenie dopiero co obudzonej śpiącej królewny. I to nas zmyliło. Jak ryknęła numer nieszczęśnika oczekującego na swoją kolej, to milknął gwar, zamierał ruch samochodowy, a matki zabierały w pośpiechu dzieci z podwórek. To ona pewnie ryczała pod murami Jerycha. Tak myśleliśmy na początku, potem głos z siebie wydobyła jej koleżanka. Hipsterom szkła w Raybanach popękały. Nic to, ustawiliśmy się grzecznie w kolejce, dokonaliśmy wyboru dania, wysłuchaliśmy płaczu jakiejś sierotki z nieokreśloną płcią, że jej kanapeczkę pomylili i nastała nasza kolej. Zdecydowaliśmy się na wersję Cheese&Becon BBQ i frytki. Na burgera przyszło nam czekać 40 min. Frytki dostaliśmy po 10, do tego sos szumnie nazwany przez panią andaluzyjski, więc ja pełna radości, pomna smaku papryki, pomidorów, natki pietruszki, dobrego majonezu oczekiwałam na ten sos, bo jak zapewniali wszyscy od krewetek po koktajle, sosy robią sami. Aha. O słodka naiwności! Sponsorem generalnym wszelkich bud była firma Fanex i jej wielgachne żółte butle. Sos łaskawie pominęliśmy przy konsumpcji. Po drodze zaliczyliśmy koktajl owocowo – warzywny za jedyne zł 10. Co np. za wodę z ananasem i bazylią jest lekkim nadużyciem, ale skoro pan premier bez angielskiego może zostać prezydentem Europy, to my jako naród możemy żenić kity spożywcze w dowolnych cenach, jak się nam żywnie podoba. W tym miejscu czytelnik powinien poczuć podmuch ze skrzydeł huzara. Natomiast ja w tym miejscu zaczęłam myśleć, że jestem na plaży w Brazylii i jem maczankę po krakowsku. Niestety, jaki kraj taka Copacabana, pozostało mi upolować leżak i patrzeć jak nieustająco, ten sam pan hipster stoi skonfundowany i myśli co wybrać. Na miejscu uwieszonej na nim, znudzonej jak nieszczęście kobiety zatłukła bym go widelczykiem do frytek. Najcierpliwszy przyniósł burgera z miną tak dumną jakby mamuta upolował. Zważywszy na sceny dantejskie w kolejce oraz okazjonalne ryki śpiącej królewny, upolowanie mamuta to jak jogging po Błoniach. Trochę siara ale wypada się przebiec. Burger hmm no jak burger. Smak wołowiny zamordowany taką ilością przypraw, że tylko CSI Las Vegas mogłoby się doszukać smaku właściwego. Buła cudownie twarda z wierzchu, pewnie na wypadek gdybyśmy zostali napadnięci i trzeba było by się bronić. Sos własnej roboty z Fanexu. Mieszanka sałat składała się z 3 liści rukoli (upierdliwa jestem i liczyłam), bekon występował w tytule dania, a ser gdzieś był ale nie wiem gdzie. To wszystko za jedyne zł 20. Tak że tego…
Popiliśmy to wszystko ja moim ukochanym John’em Lemon’em z czarnej porzeczki, a Najcierpliwszy Wostokiem ziołowym. Jak ktoś nie pił jednego i drugiego to kupuje syrop z czarnej porzeczki, syrop na kaszel i tabletki na gardło ojca Klimuszki, wodę gazowaną i przystępuje do mieszania.

Zachciało nam się poczuć jak we filmach amerykańskich. Wiecie takie stereotypy – policjant zostaje zastrzelony trzy dni przed emeryturą i jak jesteś mistrzem karate, to przeciwnicy odłożą pistolety i pozwolą ci się zmasakrować, no i w tych filmach jest jedzenie w pudełkach, konkretnie makarony. Panie i Pany przed Państwem makaron z krewetkami za zł 28. Tu zaczęłam żałować, że nie mamy takiego sprzętu jak w CSI. Możesz powiększać do ukitranej śmierci, żeby zobaczyć jakiś szczegół. Może to pozwoliłoby nam dogrzebać się do krewetki.
Zapiekanki utopione w sosie Fanex’u. Kiełbasa zimna jak serce pani w Urzędzie skarbowym.
Jedynie frytki zacne. Co prawda przy frytkach trafił mnie szlag najjaśniejszy. Miła dziewczyna mówi do pana, że jest wegetarianką i na jakim tłuszczu frytki są smażone? pan bez zająknięcia rzecze, że na roślinnym, panienka rozpromienia się jak poranek, bierze frytki i idzie. Napis drobnymi literkami, że frytki na tłuszczu wołowym i taką odpowiedź otrzymujemy my. Więc teraz pytanie – pan ma magiczną frytkownicę, która zamienia gatunek tłuszczu, czy jest zwykłym bucem chcącym zarobić? Sytuacja powtórzyła się w dwóch miejscach . Gdzieś musi być piekło dla takich jak oni.

Podsumowując , bawiłam się świetnie do czasu. Niektórym przydałby się krótki wykład z tego czym jest street food, slow food i czym jest zwykła, kulinarna uczciwość. A na koniec – w knajpce obok żarcia na kółkach podawali obłędne śniadanie – z wędzonym pstrągiem ojcowskim, serem białym, ogórkiem kiszonym, pachnącym chlebem prądnickim, miodem drahimskim, pomidorami i masłem. Za jedyne zł 20. I takich smaków wam życzę 🙂

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Kategorie: Bez kategorii.

Konwersacja przy stole

  1. Nie strasz 🙂 wybieram się na zlot food trucków w sobotę w Lublinie – baaardzo go reklamują. Ale zgadzam się z generalną tezą: brakuje nam w polskiej gastronomii takiej prostej uczciwości, która nie pozwala właścicielowi podać przywiędłej sałaty, najtańszej musztardy i odgrzewanego mięsa..