
Pewnie widzieliście na stronie Lady Kitchen na FB, jaka świetna jestem w produkcji kruchych ciasteczek. Kruche ciasteczka to moja zmora, przekleństwo i święty Graal.
Za każdym cholernym razem próby pieczenia skutkowały ekscytacją drobiu, bo wszystkie „cudowności” były idealne do spożycia przez kury. Doszło do tego, że intensywność moich wypieków przywiodła mi na myśl wizję, jak to drób dzwoni do drzwi i pyta, czy będzie pieczone, czy mają iść grzebać po podwórku?
Nie wiem, co te kruche ciasteczka mają w sobie, ale zdolność logicznego myślenia opuszczała mnie natychmiast po przeczytaniu przepisu. W wyniku zaćmień umysłowych drób spożył kruche ciasteczka w formie przesolonego (sic!) placka oraz w formie idealnej do lepienia wazonów. Hitem były kruche ciasteczka o formie i konsystencji kamyczków, gdzie drżałam, żeby nie pozatykało kurzych zadków. O uroczo sfajczonych partiach oraz złym przeliczeniu proporcji – w wyniku czego dostałam dyski idealne do sprzedawania na olimpiadę tudzież dla zawodników trójboju, czy gdzie tam się dyskiem miota – nie wspomnę. Ilość zmarnowanego masła, mąki, nerwów oraz prądu była spora.
Najcierpliwszy miał ubaw, bo nieczęsto widzi się własną konkubinę leżącą przed piekarnikiem i miotającą przekleństwa. Kruche ciasteczka wzbogaciły moje słownictwo w sposób, z którego nie jestem szczególnie dumna, a który doprowadziłby marynarzy do ekstazy. Mówiąc najprościej, nic tak nie zepsuło mi nerwów, nic mnie tak nie wkurw… znaczy nie denerwowało, jak te cholerne kruche ciasteczka! Nic!

Jednak ludzie je pieką, wychodzi im, blogi zalewa fala przepisów z cyklu „najlepsze”, a ja nie wiem, z której strony one najlepsze, skoro mi nie wyszły?! Zanim pogrążyłam się w bezdennej rozpaczy, postanowiłam rzucić okiem na periodyki z kuchni polskiej, wydawane w latach, kiedy nie było mnie jeszcze na świecie, czyli jakieś 400 przed narodzinami Chrystusa. Taki żarcik. Okazało się, że lata 70 i 80 XX-tego wieku obfitują w przepisy na różne całuski, gwiazdki, marmoladki i inne cuda. Wszystko na margarynie albo z amoniakiem.
Doszłam do wniosku, że już nic bardziej spieprzyć się nie da. Kruche ciasteczka przetrenowały u mnie wszystko – od strachu o kurze dupy, po mini pożar w piekarniku. No co się może bardziej stać? Dania najedzie mi ogródek za profanację duńskich ciasteczek maślanych? Połączyłam dwa przepisy, zamieniłam masło na margarynę, wywaliłam amoniak i aromat o zapachu rumu, ukręciłam kulkę z ciasta i upiekłam. Mój pisk radości wyrzucił na brzeg delfiny, zdezorientował nietoperze, doprowadził do szału wszystkie psy w Małopolsce, przyprawił o zawał Najcierpliwszego i porysował szyby, ale udało się!
Panie i panowie! Przed Państwem najlepsze kruche ciasteczka. Od razu lojalnie uprzedzam: jak używacie wałka ze wzorem, to musicie mega pilnować czasu pieczenia, ciasto przykleja się jak wściekłe i można dostać apopleksji. Część ciasteczek zrobiłam z cukrem i konfiturą, część z samym cukrem, część zostawiłam gołe. Wszystkie wersje są super. Możecie je przechowywać w metalowym pojemniku ponad 2 tygodnie. Ciastka najlepsze są na drugi dzień.

Potrzebujemy:
- 250 g miękkiego masła
- 130 g cukru + cukier do wykończenia ciasteczek (ok. 150 g)
- 100 g sera białego półtłustego
- 450 g mąki pszennej uniwersalnej
- powidła lub marmolady.
Przygotowanie:
- Wszystkie składniki muszą mieć temperaturę pokojową. Najpierw masło ucieramy z cukrem na puszystą masę. Dodajemy ser i łączymy z masłem i cukrem, dosypujemy mąkę. Zagniatamy do konsystencji plasteliny. Druga próba nauczyła mnie, że czasem trzeba dodać więcej sera, a czasem mąki. Ma być konsystencja, z której łatwo ukręcicie miękką, tłuściutką kulkę, która przy formowaniu nie będzie zostawiała śladu na dłoniach i będzie się łatwo formować.
Ja ciasto zagniatam w Tefal Companion – do misy z założonym ostrzem do wyrabiania i na prędkości 6 ucieram masło z cukrem przez minutę. Łopatką zgarniam masę ze ścianek i puszczam jeszcze na minutę, nie zmieniając prędkości. Zgarniam łopatką ze ścianek, dodaję całą mąkę i nie zmniejszając prędkości wyrabiam do momentu, aż ciasto zacznie się zbijać w kulę. Wtedy przekładam na podsypany blat i lekko zagniatam, formując kulę. - Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni.
- Blachę do pieczenia wykładamy papierem.
- Formowanie ciasteczek – dużą łyżką nabieramy porcję ciasta, kręcimy kulkę, kulkę układamy na cukrze i dociskamy dłonią tak, żeby uformować placuszek.
- Ciastka układamy na blasze cukrem do góry. Bierzemy korek od wody mineralnej, owijamy go kawałkiem folii spożywczej i jego płaską stroną robimy wgłębienie. Do wgłębienia wkładamy niewielką porcję konfitury lub marmolady.
- Pieczenie ciasteczek – ciastka pieczemy 10 minut w 180 stopniach, 5 minut w 190 i 5 minut w 200. Najłatwiej zapanować nad pieczeniem, jak kruche ciasteczka mają około 5 mm grubości. Cieńsze bardzo szybko się palą.
Pierwsze dwie partie zrobiłam normalnie, kolejne robię już z podwójnych porcji, bo to są naprawdę świetne ciasteczka.


No apetycznie wyglądają.Spróbuje.Pozdrawiam
opis perypetii, z kurami w roli głównej – miazga, aż sobie wkleje na fb…dlaczego?bo dla mnie też ciastka były mega wyzwaniem, kury nie jadły, bo nie mam…ale trening czyni mistrza ;] Piszesz, że dodajesz ser…ja robie mąka,cukier, masło plus jajko lub kwaśna smietana, raczej to pierwsze…i wychodzą!Smakują!:)Tylko gwoli ścisłości…to chyba są półkruche..?Kiedyś czytałam, że kruche to tylko trzy pierwsze składniki…dla mnie dramat, raz próbowałam ;] Nie dało się nic uformować..
a dwa…odkad mam tefl usilnie próbuje znaleźć przepis na masę maślaną…Taka, choćby do obłożenia tortu. Może Ty mi wprost powiesz jak 1.ubić masło na puch 2. zrobić słodką, prostą masę maślaną pod lukier/tynk czy jak to się tam zwie..