Wychodzi na to, że mam klimakterium. Serio. Podobno jak Cię wszystko albo większość wkurza to pierwsze objawy klimaksu. Teraz jest mi zimno, ale czekam na uderzenia gorąca i czytam o produktach sojowych, gdyż podobno soja łagodzi objawy klimakterium. To w sumie dobra wiadomość dla weganek, wam to klimakterium minie niezauważalnie. Wracając do mojego super nie narcystycznego wpisu, wkurza mnie wszystko, więc to klimaks, bo przecież nie jędzowaty charakter i upierdliwa czepialskość? No gdzie? Kto, ja? Never!
Lubie szukać inspiracji w internetach, czytać blogi, przepisy, notatki i posty. Jedynie Martha Stewart jakoś mnie mierzi i zamiast skupić się na jej poradach, wyobrażam ją sobie płonącą w piekarniku. Mówiłam już, że mnie wszystko wkurza? I tak sobie czytam i grzebie i po drodze trafiam na Siostry Bukowskie, które są doskonałym przykładem na stare, góralskie powiedzenie, że „dobra dupa ciągnie lepiej niż para koni”. Wybaczcie mój francuski. Siostry Bukowskie to absolutnie cudowne kreatorki życia codziennego, „lajfstajlingu”, diet, żywienia i wynurzeń egzystencjalno – filozoficznych. Wpisy głębokie i ukazujące ból życia, jaki targa autorkami. Jednym słowem tęcza, brokat i krokusy. I nagle okazuje się, że 56 tysięcy osób na FB jest pod wrażeniem prawdy objawionej, którą głoszą siostry, a brzmi ona, cytuję: „Dlatego w takich momentach nie myślisz. I chyba to jest fajne”. Jak pokazała lektura dalszych dywagacji na temat życia, śmierci i ruch… znaczy stosunków międzyludzkich, zasada niemyślenia jest konsekwentnie stosowana przez obie siostry. Wzruszyłam się niezmiernie nad tekstem, w którym nie wiadomo czy autorki mają depresję – czule przez nich nazywaną „deprechą” – czy apatię, czy targa nimi nostalgia, czy przygnębienie. Post tak wzruszający, że aż się chce dać autorkom adres Stowarzyszenia do Walki z Depresją, to może by ktoś ich uświadomił, że „deprecha” to całkiem poważna choroba, a nie miauczenie panien, że paznokieć krzywo pomalowały. Po pierwszym odetkaniu mojego układu oddechowego dotarłam do zdjęć i zrozumiałam, czemu tylu panów nagle zapragnęło zagłębiać filozofię życia i wszechświata. Posty okraszone dużą ilością zdjęć, siostry ładne, zgrabne i promujące adidasa i „stylóweczki”. Więc chodzi o to, że jak już mieć „deprechę” to w dresie Adidasa, butach Nike i majtkach Calvin’a Klein’a. I nie, nie piszę tego z zazdrości. Po lekturze postów panien B, wolę dramaty egzystencjalne przeżywać w ukochanym wełnianym swetrze i w przeciwieństwie do sióstr rozróżniać znaczenie słów, bo gdybyście nie wiedzieli: „Złota rada? W TE DNI nie myśl o przyszłości, nie snuj planów a kajecik z teorią zawładnięcia światem włóż do szuflady”.
Zdrobnienia. Następne cudo, które mnie doprowadza do amoku. W Krakowie jestem przyzwyczajona, że mamy pieniążki, chlebek, pomidorki, masełko i kiełbaskę. Wiem, dlaczego pani Wachowicz nie oglądam. Ona też co chwilę kląska i się robi tak słitaśne i różowo. Ok, każdy mówi jak lubi, ale na Boga!!! Dieta bezglutkowa??? Odstawiliście gluty czy jak? Ja rozumiem, że o gluten chodzi, ale czasem hasło „kupiłam chleb bezglutkowy” brzmi dziwnie. Moja wyobraźnia podsuwa mi wtedy obraz pana piekarza smarkającego do ciasta. Mówiłam, że się czepiam czy jeszcze nie?
Skoro już wyszłam na chama nieobytego z czułą stroną kobiecości, czyli na tak zwanego kobietona, jak również w moim umyśle dalej mieszka wspomnienie z food trucków dziś będzie o burgerach. Burgerach prostych, męskich, z dużą ilością mięcha i fajnym sosem. Przepis nie dla delikatesów.
Burger wymaga wołowiny. Dobrej wołowiny. Grubo zmielonej. Wołowina jest cudownie delikatna w smaku i nie ma potrzeby mordowania jej dużą ilością przypraw. Na dwie osoby 400g wołowiny. Ja swoje mięso na burgery doprawiam solą, grubo mielonym pieprzem i odrobiną dobrej musztardy. Wyrabiam dość długo, w trakcie wyrabiania dodaję łyżkę zimnej wody i jedno żółtko. Formuję burgery i wstawiam do lodówki. Pół godziny przed smażeniem wyciągam, żeby mięso miało temperaturę pokojową. Smażę na lekko natłuszczonej patelni grillowej lub grillu. Stopień wysmażenia pozostawiam wam. U mnie się dzieli, ja lubię różowe w środku, a Najcierpliwszy dobrze wysmażone (co dziwne, bo steki wsuwa średnie). Pod koniec smażenia na wierzch burgera kładę plaster żółtego, dobrego sera. Odstawiam, żeby soki w mięsie się uleżały.
Burgery wymagają sosu. Ja w blenderze mieszam dwie łyżki majonezu, jedynie słusznego Kieleckiego, łyżeczkę musztardy, łyżkę jogurtu naturalnego, mały starty ząbek czosnku, jeden filecik anchovis (można pominąć, ale nie czuć smaku ryby), odrobinę pieprzu kajeńskiego, łyżkę startego parmezanu i łyżkę kefiru.
Bułka do hamburgera – tu pozostawiam wam wybór, od kajzerki, przez bułki z ziarnami, domowe wypieki, po dmuchane buły z marketu. Bułkę smaruję lekko olejem lub masłem i grilluję z wewnętrznej strony.
Składanie burgera i dodatki – na dolną część bułki daję odrobinę dobrego ketchupu, liść sałaty rzymskiej, mięso z plastrem sera, zrobiony przez siebie sos, plaster pomidora, dwa krążki grillowanej cebuli, dwa plastry ogórka kiszonego. Bułkę, którą będę przykrywać, smaruję od wewnątrz sosem. Składam, jem, brudzę siebie i wszystko dookoła, świat jest piękny, a i diadem wydaje się trzymać na głowie bardziej prosto 🙂
PS.: W gruncie rzeczy ja jestem miła i fajna, tylko czasem mi się ulewa i muszę się wygadać 🙂


