
Są takie obszary w moim mózgu, które czytając przepis związany z pieczeniem ciast, dostają zapaści, nie działają i zamiast skupić się na instrukcji, krzyczą: „O! Zobacz! Maleńki piesek, piesuniooo”. Normalnie jakby fraza „a teraz robimy masę tortową” powodowała zwarcie styków w moim mózgu. Pewnie mam to po mamie, która gardziła pieczeniem. Robiła nam jedynie blok czekoladowy, ciasto z jabłkami i pamiętam, jak raz robiłyśmy sernik i przysięgałyśmy, że nigdy więcej.
Z zazdrością patrzę na te wszystkie cuda w internetach i wzdycham. Pewnie wiecie, że rok temu postanowiłam nauczyć się piec. Oszukuję trochę samą siebie, bo pieczenie miało objąć ciasta wysoce skomplikowane, tymczasem osiągam mistrzostwo w bułkach i chlebach oraz ciastach z gatunku wrzuć i zamieszaj. Okoliczne kury wzdychają do mnie z miłością, bo to co nie wyjdzie, to żrą aż miło. Serio czekam, aż zaczną pukać do drzwi z pytaniem czy piekę coś. Najcierpliwszy już nie wzdycha, jak leżę przed piekarnikiem, tylko przekracza mnie w milczeniu. Tłumaczę przepisy, oglądam filmy, próbuję, puszczę coś z dymem, płaczę, szlocham, popadam w melancholię i depresję, uważam się za debila cukierniczego, a jednocześnie zdarza mi się puchnąć z dumy.
Czasem coś mi wyjdzie, ale zamiast pędzić do was i się chwalić, że właśnie ja, Aga, zrobiłam własną ręką i nikt nie umarł ani nic nie wyleciało w powietrze, to zaczynam sprawdzać, czy przez przypadek, czy może robienie tych cholernych ciast to nie jest gimnastyka artystyczna z elementami baletu. Może to w mojej głowie siedzi leniwa franca, która pokazuje środkowy palec, jak słyszy słowo ciasto? Może to wszystko jest do ogarnięcia? Znaczy jest, bo widzę, jakie cuda się wyczyniają w dziedzinie cukiernictwa.

Marzy mi się zrobienie tortu. Prostego tortu. Chcę robić ciasta z masą, mimo że ich nie lubię. Chce wykrzesać z siebie entuzjazm taki sam, jaki ogarnia mnie przy gotowaniu. Najśmieszniejsze jest to, że potrafię zrobić odwróconą sferyfikację i nie boję się kuchni molekularnej, a pieprzony biszkopt mnie przeraża. Może rację miał mój eksio, mówiąc, że jestem dziwakiem? Czasem trafiam na przepis, który brzmi na tyle fajnie, że zaczynam drapać się po oku i myśleć: „Well, nie wyjdzie, ale spróbujmy”. Wiedziona brawurą robię i tadaaa. Wychodzi! Puchnę z dumy i robię jeszcze raz i jak wychodzi, to pędzę z tym do was.
Przepis na to ciasto z rabarbarem poniewierał się w moich notatkach w formie wyrwanego kawałka papieru, wywaliłabym go do kosza, gdyby nie napis: „Ciasto z rabarbarem dla debila”. Kocham ciasto z rabarbarem. Ciasto z rabarbarem do kawy jest idealne i jest moim grzesznym uzależnieniem. Dupa po nim rośnie, no ale c’mon – to ciasto z rabarbarem i nie będę go profanować np. wodą z ciecierzycy. Nie i już! Przepis zawierał moje przypisy w stylu „zmniejszyłam ilość cukru i dałam więcej rabarbaru”. Ciasto z rabarbarem jest delikatnie słodkie, acz kwaskowate od rabarbaru. Przepis jest na tortownicę 26 cm, ale możecie go zrobić w dowolnej blaszce, najwyżej wyjdzie cieńsze, ale równie pyszne.

Ciasto z rabarbarem
Składniki:
- 4 jajka (żółtka oddzielone od białek)
- 260 g mąki pszennej uniwersalnej
- 300 g cukru białego
- szczypta soli
- 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
- 175 g zimnego masła pokrojonego na drobne kawałeczki
- 2 kg rabarbaru obranego i pokrojonego w drobną kostkę.
Przygotowanie:
- Cztery żółtka ucieramy z 1 łyżką zimnej wody.
- Ciągle ucierając, do utartych żółtek dodajemy: 100 g cukru, mąkę, cukier, sól i proszek. Ucieramy na niskich obrotach do całkowitego połączenia.
- Do utartego ciasta dodajemy zimne masło i szybko zagniatamy, rozcierając masło w dłoniach. W zależności od temperatury masła i długości zagniatania wyjdzie konsystencja zbitej kruszonki lub sztywnej plasteliny.
- Pokrojony rabarbar zasypujemy 50 g cukru i odstawiamy na chwilę, żeby puścił wodę.
- Ciastem wylepiamy formę wyłożoną papierem do pieczenia lub wysmarowaną masłem i obsypaną mąką.
- Ubijamy białka z odrobiną soli. Jak już będą napowietrzone i zaczną się pienić, zaczynamy dodawać po łyżce pozostały cukier. Ubijamy bezę do tzw. miękkich czubków, czyli nie na sztywno.
- Rabarbar odcedzamy i mieszamy delikatnie z bezą.
- Bezę wykładamy na surowe ciasto i wsadzamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika, grzanie góra-dół.
- Pieczemy 45-50 minut.
- Jemy po całkowitym ostudzeniu. Ciasto, w miarę stygnięcia, ciut opadnie.
Ponieważ wiadomo, że lepiej się uczyć na cudzych błędach niż na swoich, przyznam się, że chciałam zrobić to ciasto z podwójnej porcji i brzegi wyszły idealne, za to środek popłynął, jak moje marzenia o zostaniu cukiernikiem idealnym. Środek został spożyty przez rodzinę i orzekli, że jest pyszny, jak taki budyń z rabarbarem, ale ja im nie wierzę, bo wiem, że są mili.
Ta wersja sprawdza się też fajnie z truskawkami.

Mówię mężu „ciasto z rabarbarem dla dbili, zgadnij gdzie taki przepis można znaleźć”
A mężu na to „daleko nie muszę szukać, w Kościelisku”
😂😂
Będzie jutro 😉
O mało nie popłakałam się ze śmiechu. Nie wiem, czy ciasto zrobię, choć wygląda smacznie, ale zaglądać będę na pewno! Pozdrowienia!
Z tym tortem, to ja chyba mogę pomóc, bo opatentowalam, ale to chyba na priv, bo link do bloga
Opadnie? To u mnie będzie naleśnik z rabarbarem 🙄
Ja miałam to samo z pieczeniem: maximum ambicji przy minimalnym efekcie a raczej nawet żadnym efekcie.I tak całe lata🤔aż nagle BACH! WYSZŁO! I wychodzi .I doszłam do wniosku,że potrzeba podejścia siła spokoju i cierpliwości.Ciasta nie należy macać,podważać,dźgać,uchylać piekarnika i kukać do niego,nie należy z nim cudować a już na pewno nie należy się modlić żeby wyszło bo nie wyjdzie.Cza zrobić,zapakować i zapomnieć na określony czas.Serio.🙂