Mania zdrowego jedzenia i ekologii rozprzestrzenia się szybciej niż wirus ebola, z tą różnicą, że nikt na Ciebie nie kaszle. Chordy oszalałych hipsterów i hipisów szturmują lokalne targi i biednych rolników. Ceny marchewki obżartej przez myszy sięgają 9 zł za kilo. Podobno jak myszy rąbią marchew to znaczy nie ma chemii tylko kupa krowia, tak przynajmniej twierdzą hipsterzy i hipisi. Fora internetowe pełne są klątw rzucanych na mięsożerców i wizji śmierci w męczarniach po zjedzeniu kawałka kurczaka. Moda spowodowała, że największym wzięciem cieszy się drób od baby, nie przebadany, kiszący się cały dzień w reklamowce ale podobno przed śmiercią szczęśliwy. Skorzonera i topinambur kiedyś służyły jako pokarm dla świnek, dziś wzbudzają pełne namiętności westchnięcia. W dobrym tonie jest podanie topinambura, najlepiej w postaci „pióre”.
Naród wyszkolony na Masterchefach, TopChefach i paśmie programowym Kuchni plus nabrał przekonania o nieomylności kuchennej i tresuje obsługę sklepów i straganów z zakresu wartości jedzenia. Obsługa ma minę taką, że ja bym się zastanowiła czy nie pluje mi pod ladą do pomidorów. Jednak największy szał ogarnął naród przy owocach morza. Wiadomo, że Polska to nie tropiki, a Bałtyk to nie ocean oblewający piaszczyste plaże RPA, więc na chłopski rozum hasło „świeże owoce morza” powinno być brane przez pół. Czeluście internetów pełne są przepisów na krewetki, przegrzebki i ośmiornice. Osobiście znam przypadki spożywania owoców morza bo tak wypada , a nie dlatego, że smakuje.
Jak już pewnie wiecie mam w swoim dużym zadku mody i obowiązujące trendy. Nie spędza mi snu z powiek mało ekologiczna marchew nietknięta myszą. Nie zwilżają mnie modne burgery z food trucków ani sok z pokrzyw z wodą mineralną z Vichy. Ja moi drodzy lubię śledzie. Jak plebs jakiś taki. Więc dziś będzie wiejski klimat z akcentem produktu certyfikowanego. Poznajcie przepis na mojego ukochanego śledzia z cebulą, którym się lansuje przy każdej okazji czegoś słodkiego 😀
Potrzebujemy
- filety śledziowe matias ok. 1 kg
- mleko 1 l
- 3 duże cebule białe
- 3 listki laurowe
- 3 ziarenka ziela angielskiego
- kilka ziaren gorczycy
- kilka ziaren kolendry
- 0.5 l oleju rydzowego
- ziemniaki ugotowane w mundurkach (połowa ziemniaka na osobę)
- kilka wędzonych śliwek
- łyżeczka pieprzu w ziarnach
- słoik z weką lub szklana miska
Filety moczymy w mleku około 3 godzin. Wyciągamy, nie opłukujemy tylko lekko suszymy ręcznikiem papierowym, kroimy na nieduże kawałki. Na suchej patelni podprażamy przyprawy do momentu aż zaczną pachnieć. Cebulę szatkujemy na półplasterki, ja to robię za pomocą gilotyny, wtedy puszcza więcej smaku. Cebulę lekko solimy. W słoiku bądź misce układamy warstwę cebuli, śledzi i przyprawy, zalewamy olejem i znowu: cebula, śledź i przyprawy. Śledzie nie mogą pływać w oleju tylko mają być lekko nim pokryte. Po ułożeniu wszystkich składników naczynie przykrywamy i odstawiamy na minimum 2 godziny do lodówki. Podajemy z gotowanym ziemniakiem i wiejskim chlebem. Fajnie jest ułożyć na plastrach gotowanego ziemniaka śledzie, posypać drobno posiekanymi śliwkami wędzonymi śliwkami i dodatkowo skropić olejem rydzowym.
Smacznego.
