Jak co roku są Walentynki i jak co roku rzesze samotnych osobników płci obojga mówią, że nie obchodzą i że rzygają na samą myśl. I jakoś ich rozumiem. Do poznania Najcierpliwszego, też 14 lutego każdego roku patrzyłam z pogardą na czule kląskające pary. Wiecie, że niby byłam ponadto i mnie to nie ruszało. Każdego rusza. Nawet sam fakt, że zastanawiacie się nad tym dziwnym zjawiskiem o czymś świadczy. Poznanie Najcierpliwszego zmieniło mnie o tyle, że wiem, że można sobie okazywać uczucie, szacunek i przyjaźń bez ferii baloników, serduszek, brokatów i wielkich bukietów kwiatów i niekoniecznie musi to być 14 luty. Z czternastym lutym to jak ze Wszystkimi Świętymi. Raz w roku ludzie sobie przypominają, że z kimś są. Chordy umęczonych panów snują się po galeriach dochodząc do smutnego wniosku, że nic im się nie podoba i mało wiedzą o swoich partnerkach. Skądinąd radosne święto zmienia się w marsz zombie. Z ta różnicą, że na żadnym zombie nie wisi śmiejąca się perliście panienka, upewniająca się czy wszyscy widzą, że ONA ma chłopaka i nie siedzi sama w Walentynki. I jak być szczęśliwym singlem opowiadającym się za radosnym i niezobowiązującym byzkankiem? No nie da się! Społeczeństwo wciśnie cię natychmiast w ramy wrednego mizogina lub starej feministki, którzy nie cieszą się światem i uczuciem, a otaczającą rzeczywistość traktują jak piekło najgorsze. Teoretycznie jednoosobowych gospodarstw domowych jest coraz więcej. Praktycznie wystarczy pojechać do rodziny, niby pogodzonej z losem, a usłyszymy nieśmiertelne pytanie: „Masz kogoś?”. Podejrzewam, że odpowiedź: „Tak, mam. Całkiem niezłą kolekcję gadżetów z sexshopu” nie jest odpowiedzią, jaką chcieli by usłyszeć rodzice. O ile jesteś facetem to jakoś przełkną. Posiadanie płci z biustem już takie kolorowe nie jest.
Panowie! Do was będzie ten post. O kobietę się trzeba starać. Nie wystarczy iść na siłownię, napompować bicka, zjarać ciało w solarium i przyjąć pozycję wyczekującą. Trzeba trochę polatać. Dać coś od siebie. Pogadać. Wysłuchać. Może wtedy wasze Walentynki nie będą bolały. Wyjdźcie poza ramy określone przez społeczeństwo. Zaskoczcie dziewczynę czymś. Gotowaniem najlepiej. Ja wiem, że w całej sieci to panowie z jesie.pl wyrośli na supersamców od garów. Wiem, bo widziałam pełne poruszenie na widok tych facetów przy garach, no ale bez przesady, wam też wyjdzie. Pamiętacie post o lasagne for dummies? Dało się zrobić? Dało! Więc dziś jedziemy z garami do Azji i zrobimy makaron na modłę orientalną. Nawet jak po kolacji dziewczę orzeknie, że jesteście gbur i debil oraz cham, to zostanie wam umiejętność robienia dobrego jedzenia. Na to któraś się w końcu złapie. Oczywiście możecie wrócić do korzeni podrywu, czyli do walenia maczugą w łeb i nie mówię tu o wyrafinowanym erotyzmie, pytanie tylko brzmi – po co?
Żeby nie wyjść na troglodytę i wspiąć się na wyżyny damsko – męskich relacji i zrobić fajny makaron ryżowy z kurczakiem potrzebujemy:
Wok – taka duża i głęboka patelnia, jak nie macie garnek z grubym dnem też się nada
łopatkę do mieszania
naczynie, w którym zmieści nam się makaron i wrzątek
- Podwójny filet z kurczaka (jeśli jesteście centusiem to pojedynczy, ale gruby)
- 2 ząbki czosnku
- kawałek korzenia imbiru
- marchewkę
- pietruszkę
- pół selera
- 1 paprykę czerwoną
- kawałek pora
- 1 cebulę
- garść dowolnych kiełków
- garść pistacji lub orzeszków ziemnych
- pokrojone pędy bambusa (można kupić w zalewie)
- grzybki mun (wcześniej zalejcie je wodą)
- pół pęczka kolendry
- makaron ryżowy lub sojowy
- 2 łyżki oleju
- 3 łyżki jasnego sosu sojowego
- 1 łyżka sosu rybnego (opcjonalnie)
- sok z jednej cytryny
- sól, pieprz
- łyżeczka przyprawy 5 smaków
- ½ szklanki wody
Pierś z kurczaka kroimy na dowolne kawałki, posypujemy przyprawą 5 smaków i odstawiamy na 30 min. Wszystkie warzywa kroimy w jednakowe paseczki, czosnek na drobne kawałki. Rozgrzewamy wok lub garnek, wlewamy olej i na silnie rozgrzany wrzucamy kurczaka. Szybko obsmażamy. Wyciągamy i wrzucamy warzywa. Do podsmażonych warzyw dorzucamy kurczaka. Smażymy jakieś 3-4 minuty. Dodajemy pokrojone grzybki mun, chwilę smażymy i zalewamy wodą. Dusimy, raz na jakiś czas mieszając. Do osobnego naczynia wsadzamy makaron, zalewamy wrzątkiem prosto z czajnika i lekko solimy. Na opakowaniu makaronu producent pisze, żeby gotować, ale tak też się uda. Makaron ma być twardawy więc dwie, maksymalnie trzy minuty mu wystarczą. Makaron odcedzamy i dorzucamy do warzyw i kurczaka. Doprawiamy sosami sojowym i rybnym, solą (ostrożnie), pieprzem, dorzucamy pędy bambusa i trzymamy na ogniu jeszcze 4 min. Skrapiamy sokiem z cytryny. Zestawiamy z ognia dorzucamy kiełki, orzechy i kolendrę. Podajemy i puchniemy z dumy 🙂
Smacznego



Szaleństwo 🙂 Dzięki za miłe słowa. Idę coś ugotować z tej okazji 🙂
gdyby mój mężczyzna ugotował dla mnie takie danie.. on chyba niestety nawet nie wie co to sos sojowy;) jednak ja go nauczę bo sos kikkoman od develey od zawsze króluje na moim rodzinnym stole.
Aga, a dlaczego nie Ramen ? 😂 Rozumiem, że Panowie mają dać radę i spokojnie dadzą 😋
Ps. Panowie dodajcie chilli dla pikantności 😈