Ja to chyba powinnam przestać przejmować się ludźmi. Jak kogoś poznaję to podaję mu rękę, uśmiecham się i mówię: „cześć!”. W większości przypadków patrzą na mnie jak na kosmitę i odburkują „mhfks” to pewnie w indiańskim narzeczu oznacza „hej”. Czasem mogę sprawiać wrażenie osoby czepialskiej, aspołecznej i przemądrzałej, ale kurde, ja naprawdę lubię ludzi. Lubię poznawać, uczyć się od nich. Nowe osoby pokazują mi swój świat i poszerzają horyzonty myślowe. Lubię ludzi uśmiechniętych i przyjaznych, takich wiecie, ciepłych, fajnych. Staram się taka sama być, z różnym skutkiem. Czasem jednak trafia mnie szlag i już spieszę wyjaśnić dlaczego.
Rozumiem, że świat pędzi do przodu, że naród ma na głowie tysiące spraw, nie zawsze fajnych. Zdaję sobie sprawę, że ludzie bywają podli, ale na Odyna! Nie zawsze musimy traktować uśmiechającego się do nas osobnika jak przestępcę czyhającego na naszą cnotę i torebkę. Może czasem trzeba dopuścić myśl, że ktoś się uśmiecha, bo nie jest wariatem, tylko jest miły i przyjazny. Fakt, z moim szczęściem prędzej trafię na psychopatę z kolekcją odciętych głów w słoikach, ale nie należy się zrażać. Piszę o tym dlatego, że za każdym razem dziwie się w komunikacji miejskiej w Krakowie. Mówię „przepraszam” jak chce przejść do kasownika, czym powoduję, że ludzie głupieją i sztywnieją i w związku z powyższym trudniej się przepchać. Ustępuje miejsca starszym paniom, które chwytają mocniej torebkę i patrzą na mnie podejrzliwie całą drogę. Uśmiecham się podając bilet do kontroli, kanar patrzy na mnie dziwnie, pewnie myśli, że nawalona jeżdżę. Mówię „dzień dobry”,”dziękuję” i „do widzenia” w sklepach, też obsługa sztywnieje, nie zawsze, ale jednak. Jest też możliwość, że wyglądam jak pospolity bandzior. Nie dość, że wysoka i spora, to jeszcze wytatuowana, a jak wiadomo to od razu kryminał. Na szczęście jest lepiej niż było. Ludzie powoli zaczynają się otwierać na innych, ciemny kolor skóry nie wzbudza paniki ani sensacji, drobne gesty uprzejmości nie powodują intensywnego dzwonienia po psychiatrę. Świat potrafi być fajnym miejscem.
Prowadząc bloga dane mi było spotkać całą masę pozytywnie zakręconych ludzi, bufonów, nadętych księżniczek z wybujałym diademem i ego większym niż cycki, pięknych panów, którym wystarczyło to, że są piękni, fenomenalnie gotujących jednostek, i takich jednostek, które doskonale sprawiają wrażenie, że umieją gotować. Mnogość wyboru! Cieszę się z każdej nowej znajomości, bo każda zostawia jakiś ślad i czegoś uczy. Mam nadzieję, że coraz więcej osób będę poznawać na żywo, a nie tylko poprzez klepanie na Facebooku. Tego sobie bym życzyła. Bywam miła i nie miewam czarnego charakteru.
Jak już jesteśmy przy czarnym. Kiedyś pokazałam wam czarną soczewicę i obiecałam szybkie i proste danie. Więc do dzieła!
Czarna soczewica to takie stworzonko, które mimo ponurej barwy wnosi dużo do naszego organizmu. Ma w sobie dużo białka, mało tłuszczu, sporo błonnika i minerałów oraz niski indeks glikemiczny i śladową ilość węglowodanów. Poza tym można zaszpanować, że się ma czarną soczewicę, a nie tak jak wszyscy zieloną i czerwoną. Na jednym z popularnych blogów wyczytałam, że soczewicę należy moczyć 12h, a potem ją gotować ponad 40 minut. Wierzcie mi, wtedy otrzymacie dostojną breję w kolorze bliżej nieokreślonym. Może autorka tak lubi, nie wiem. Każdej soczewicy wystarczy przepłukanie i gotowanie max. 30 min. Ziarenka mają być w całości, a nie w formie papki dla niemowląt. Inaczej jest z soczewicą czerwoną, tu pilnujemy, bo ona nie ma skorupki i rozpada się błyskawicznie.
Dzisiaj proponuję wam czarną soczewicę ze szpinakiem, cebulą, suszonymi pomidorami, jajkiem sadzonym i kiełkami. Pycha i obrzydliwie zdrowe.
Potrzebujemy:
- szklankę soczewicy czarnej (mierzona sucha przed ugotowaniem)
- dwa ziarenka ziela angielskiego
- listek laurowy
- jedna mała cebula przekrojona na pół
- garść suszonych pomidorów
- liście surowego szpinaku – ilość zależy od uznania
- jedna czerwona cebula
- sok z cytryna
- dwa ząbki czosnku
- odrobina gałki muszkatołowej
- szczypta płatków chilli
- dwie łyżki sosu sojowego dobrej jakości
- dowolne kiełki – ja miałam rzeżuchę
- jajko sadzony – to chyba każdy wie jak zrobić 🙂
- sól i pieprz
Soczewicę opłukujemy zimną wodą, zalewamy i stawiamy do gotowania dodając listek laurowy, ziele angielskie i przekrojoną cebulę. Nie liczę ilości szklanek wody na szklankę soczewicy, bo dostałabym szału. To nie apteka ani nie robicie risotto, a soczewicę i tak będziemy odcedzać. Gotujemy ją do momentu aż będzie stawiała lekki opór pod zębem. Taką półtwardą odcedzamy, będziemy ja jeszcze przesmażać więc dojdzie. Na rozgrzaną patelnie lub wok wlewamy łyżkę oleju, wrzucamy pokrojoną cebulę, pomidory, czosnek i chwile smażymy. Jak już będziemy mieli podsmażone, dodajemy szpinak, mieszamy, dosypujemy soczewicę. Smażymy kilka minut i doprawiamy sokiem z cytryny, sosem sojowym, pieprzem, gałką i płatkami chilli. Przekładamy na talerz, na wierzch dajemy jajko sadzone i posypujemy kiełkami.
Smacznego!




Kurczę, kurczę… próbuję się wpasować w którąś z kategorii ludzi wymienionych przez Ciebie i ciągle mi wychodzi, że należę do „takich jednostek, które doskonale sprawiają wrażenie, że umieją gotować” 😀
powątpiewam tylko w to „doskonale” 😛
fajny post i przepis ,lubię czarna soczewicę :), ja tez tych zwrotów używam 😉 , uśmiecham się , bo jestem raczej pogodną optymistką i lubię się dzielić z innymi uśmiechem , a ludzie rzeczywiście są różni… i różnie podchodzą do ludzi uprzejmych 😀 ja nie dzielę ludzi dla mnie sa wszyscy jednakowi mimo różnego wyglądu , po poznaniu wiemy lub możemy ze swoich obserwacji zorientować czy sa dobrzy czy źli 😉