Miało być o ciężkiej orce na ugorze jaką jest depilacja, ale depilacja średnio pasuje do jedzenia. Jak ktoś bardziej wrażliwy to może nie zdzierżyć i womitować. Ponieważ miewam ludzkie odruchy i bywam miła – dziś będzie o makijażu. Zważywszy na fakt, że liczba vblogerek traktujących o makijażu jest liczbą zatrważającą, po świecie powinny wałęsać się stada kobiet wymalowanych jak na wielką galę. Otóż nic bardziej mylnego. Obcowanie z ludzkością przynosi zaskakujące obserwacje. Można zauważyć, że kobiety potrafią sobie wygolić do zera brwi tylko po to, żeby w tym miejscu narysować cieniutką kreskę. Na dodatek krzywą i każdą inną. Popularny styl malowania oczu „na wściekłą pandę” też zdobywa uznanie wśród pań. Można też dowiedzieć się, że odcienie podkładu pasującego do Polek to ciemna czekolada tudzież „zatrzasnęłam się w solarium cztery dni temu”. Niektóre „mistrzynie” make-upu potrafią tak tuszować rzęsy, że z kilkudziesięciu rzęs robi się jedna, za to gruba. Nie wiem jak wy, ale ja uwielbiam patrzeć na makijaże różne, te piękne i te mniej udane. Skutkuje to czasem tym, że się wgapiam jak durna w obce kobiety.
Sama maluję się rzadko, jeśli już to rzęsy i kreska. Zazdroszczę strasznie umiejętności podkreślania urody makijażem. Pamiętam swoje początki z malowaniem, kiedy tak miałam podkreśloną urodę makijażem, że mnie własna matka nie poznała. Wyglądałam jak ofiara przedszkolaków z kredkami. Każda moja wizyta w drogerii kończy się przyniesieniem kolejnego cienia lub tuszu, zupełnie nie wiem po co. Ilość kosmetyków na półkach wcale nam nie ułatwia sprawy. Najcierpliwszy do tej pory wpada w zadumę w każdej drogerii – jakim cudem potrafimy ogarnąć co do czego i dlaczego? Uroczo wygląda wielki facet zamyślony nad maleńkim pudełkiem z korektorem. Trafił mi się osobnik ciekawski i czasem tak się wypytuje, że zaczynam podejrzewać, że ukradkiem trzaska sobie make-up jak mnie nie ma. Jak coś to zapuszczę mu włosy, nauczę śpiewać i będę na nim robiła kasę. Mnogość kosmetyków zadziwia też nasze babcie i matki. Moja mama z rozrzewnieniem wspomina tusz do kresek, który trzeba było zamoczyć, od biedy do niego napluć. Mama mojego taty przed wyjściem na sobotnią potańcówkę robiła delikatny rumieniec burakiem. To dopiero były kosmetyki eko.
Jak już jesteśmy przy buraku, mamy rozkwit warzywniaków. Można kupić piękne botwiny, a jak botwina to chłodnik. Ja proponuję chłodnik z botwiny trochę inaczej niż tradycyjnie, ale wszystkie podstawowe elementy są zachowane.
Potrzebujemy:
- 3 pęczki botwiny
- opakowanie jogurtu naturalnego bądź kefiru
- 2 łyżki śmietany
- ocet balsamiczny
- łyżeczkę chrzanu
- cukier brązowy
- ogórek
- rzodkiewki
- czerwoną cebulę
- koperek i awokado
- miód
- majeranek
- szczypiorek
- jajka na twardo
Siekam liście botwiny oraz buraczki (buraków nie obieram tylko je porządnie myję), zostawiam kilka buraków do pieczenia. Posiekane liście i buraki wsadzam do garnka i zalewam wodą. Dodaję sól oraz cukier (po łyżeczce) i gotuję. Jak woda zacznie wrzeć dodaję łyżkę octu balsamicznego i gotuję do miękkości. Studzę. Odłożone buraki przekrawam na cząstki, obtaczam je w miodzie, majeranku, soli, cukrze i odrobinie octu balsamicznego. Piekę w nagrzanym do 190 stopni piekarniku do miękkości. Ostudzoną i ugotowaną botwinę blenduję z jogurtem i śmietaną oraz chrzanem. Doprawiam solą, pieprzem i cukrem. Jeśli za mało kwaśne, dodaję kilka kropel cytryny. Jeśli za bardzo kwaśne, kilka kropel miodu. Ogórka, awokado, rzodkiewki, szczypiorek i koperek kroję najdrobniej jak się da. Mieszam w osobnej misce i doprawiam. Tak przygotowany tatar wykładam na talerz, dolewam chłodnik i podaję z jajkiem i pieczonym burakiem.

