Zawsze zastanawiało mnie dlaczego we wszystkich przepisach straszą. Normalnie można dostać lęków i manii prześladowczej od samego czytania. To powodowało, że moje pieczenie leżało odłogiem i kwiczało. Piekłam tylko sernik i babeczki. Mój mózg, czytając przepisy na wypieki pokazywał środkowy palec i odmawiał współpracy. Natomiast lektura dzieła Siostry Anastazji, traktującego o wypiekach, spowodowała, że mózg zarządził wyjazd do Peru i odcięcie od słowa pisanego. Koniec! Lady K piekła ciast nie będzie i już!
Jednak nie wzięłam pod uwagę wewnętrznej bogini kuchennej. Menda zapałała miłością do ciast! Różnych! Najpierw usiłowałam zwalić zachcianki tej mendy na hormony, nic nie dało. Potem spróbowałam zagłuszyć ją hamburgerem domowej produkcji, wiedząc, że łasa na mięsko. Pomogło na chwilę. Strawiwszy wołowinę, moja wewnętrzna bogini kuchenna przywdziała fartuch, wyciągnęła blachy, odpaliła piekarnik i zamarła w wyczekującej pozie. Świadoma tego, że w końcu posiadanie bogini zobowiązuje, rzuciłam się na poszukiwanie przepisów. Chciałam czegoś idealnego i prostego. Zamęczyłam wszystkich, którzy pieką. Znienawidziłam paru blogerów za zdjęcia ciast. W międzyczasie odkryłam, że kilku blogerów kulinarnych operuje tym samym zdjęciem jednego wypieku. Nic to, może mają taki sam aparat 😛 Ale wreszcie mnie olśniło – szarlotka. Dawno nie jadłam dobrej szarlotki. Albo za dużo ciasta, a jak już mało to ciasto smakuje jak papier do pakowania, albo jabłka są nasączone czymś, co zachwyciłoby Mendelejewa. Podniecona do granic możliwości bogini kuchenna zaczęła klaskać w pulchne łapki – róbmy szarlotkę!! Dużo jabłek i kruche ciasto i na to pieczona beza. I nastała jasność. Znaczy zanim nastanie kilka słów wyjaśnienia. Przepis, który wam podam jest zlepkiem kilku przepisów, nie stosuje się do żadnych prawideł kulinarnych, wręcz przeciwnie, za niektóre działania nałożono by na mnie kuchenną ekskomunikę, ale warto zaryzykować. Do eksperymentu potrzebujemy:
- kostkę margaryny ( ja użyłam Kasi Maślany Smak, jak dla mnie super)
- 5 żółtek
- 5 białek
- pół szklanki cukru + 3 łyżki do białek
- cukier waniliowy
- łyżeczka proszku do pieczenia
- 2,5 szklanki mąki pszennej
- 0,5 szklanki zmielonych otrębów owsianych
- pół łyżeczki soli do ciasta i szczypta soli do białek
- 2 kg jabłek
- sok z połowy cytryny
- łyżka przyprawy do piernika
- galaretka brzoskwiniowa lub pomarańczowa
- śmietana kwaśna 18%, na tą ilość potrzebowałam 4 kopiaste łyżki
Postanowiłam być hipsterem kulinarnym i na początek olać zalecenie, że składniki na ciasto kruche muszą być zimne, tłuszcz (masło lub margaryna) twardy, należy zagniatać szybko i najlepiej siekać nożem. Do działalności wywrotowej skłoniła mnie wizja uświnionej do granic możliwości stolnicy, mnie i całej okolicy. Więc pomyślałam i ryzykując gromy z jasnego nieba do miski wsadziłam mąkę, zmielone otręby, żółtka, cukier, cukier waniliowy, miękką margarynę pokrojoną w małe kawałki i śmietanę. Mikserem z hakami połączyłam „z grubsza” składniki, zagniotłam ładną kulkę, owinęłam w folię i wpakowałam do zamrażarki na godzinę. Razu pewnego zapomniałam o fakcie umieszczenia w zamrażarce ciasta, po wyjęciu dało się ładnie wylepić foremki, nikt nie umarł, a mnie piorun nie trafił, więc chyba można dłużej. Jak ciasto się mrozi, obrałam jabłka, pokroiłam na ćwiartki, te ćwiartki jeszcze na ćwiartki, znaczy, żeby dalej nie komplikować, kawałki mają być grubsze. Pokrojone jabłka skropiłam sokiem z cytryny, obsypałam przyprawą do piernika i suchą galaretką. Wymieszałam, odstawiłam. Ilość ciasta starczyła mi na dużą blachę i 6 małych tarteletek. Wysmarowałam wszystkie foremki masłem i oprószyłam je mąką. Z zamrażarki wyciągnęłam ciasto, podsypałam stolnicę mąką, odkroiłam kawałek ciasta, lekko ogrzałam go w dłoniach i rozwałkowałam. Wylepiłam płatami ciasta dno foremek i wsadziłam je do rozgrzanego do 190 stopni piekarnika na 10 min, grzanie góra – dół. Podczas gdy ciasto się piekło, ubiłam na sztywno białka z cukrem i szczyptą soli. Wyciągnęłam foremki, na gorące ciasto wsypałam jabłka i pokryłam je sztywnymi białkami. Zmniejszyłam temperaturę do 170 stopni. Foremki powędrowały do pieca na 10- 15 min, beza ma zrobić się lekko brązowa. Wyciągamy, studzimy, jemy.
Smacznego


