
Każda „grupa zawodowa” w necie ma swojego trolla. Zwierzątko, które bezlitośnie kpi i obnaża nasze paskudne cechy. Stworzonko, które za nic ma wszystko i wszystkich, a jednocześnie dostarcza rozrywki niektórym. Bo reszta raczej obrażona albo zapowietrzona świętym oburzeniem. Blogerzy kulinarni po przeleceniu z różnym skutkiem po programach telewizyjnych, po wywalczeniu współpracy z firmami i osiągnięciu jakiegoś tam statusu w necie dorobili się swojego trolla. Na scenę blogerską, w wirtualne gary wkroczyła Grażka. Grażka przybrała postać miłej, starszej pani i podstępnie objawiła się na stronie, gdzie naród wysyłał przepisy i dostawał pieniążka. I teraz smaczek, który mnie osobiście rozbawił. Grazia zaświeciła trollingiem na stronie, która przez większość blogerów jest olewana, bo – jak to usłyszałam od jeden z pań blogerek – „nie ten poziom i nie ta kultura”. O żesz! Serio? Jak bardzo trzeba być zadufaną „pindą przy kwiatku”, że zacytuję Agnieszkę Szulim, żeby olać i potraktować z góry 27 tysięcy osób zarejestrowanych na tej stronie.
Ale wróćmy do Grażki. Grażka zaproponowała kotleciki z kostki rosołowej i zupę z kostek i zupek instant. W necie zawrzało. Na stronach blogerskich pojawiły się udostępnienia Grażki pomysłów, rozpętały się dyskusję, analizowano składy kostki i szykowano stos do spalenia kulinarnej czarownicy. Jedyne czego żałuję to tego, że nie dane mi było zobaczyć miny trolla. Serio! Podejrzewam, że był to najszerszy uśmiech w galaktyce. Przy okazji kuchni Grażki trafiono na tatar z parówek. Naród w amoku nie doczytał, że tatar z parówek jest autorstwa całkiem realnej pani, przepis został wyróżniony przez redakcję, dostał pieniądz i poszedł do druku. Działo się to dwa lata wcześniej niż Grażka objawiła światu kotlet z kostki rosołowej. Na początku tatar z parówek mnie zadziwił, a potem przypomniałam sobie spaghetti, jakie jadłam na studiach. Podły makaron, mielonka najpodlejsza i przecier pomidorowy. Więc tatar z parówek przy tym to mały miki. Teraz takie czasy, że wszyscy spożywają tylko consome i tarty a parówkami gardzą. No może poza singlami, Ci są gotowi przyrządzić parówkę na 4238 sposobów.
Mam nadzieję, że przez pojawienie się Grażki wreszcie dotrze, iż blogerów kulinarnych od niektórych gospodyń domowych różni tylko robienie zdjęć potraw przed podaniem i grzebanie w necie za przepisami. Naprawdę koleżanki i kolegi, nie jesteśmy ani wyroczniami kulinarnymi, ani bóstwami kuchennymi. Mamy trochę większą świadomość kulinarną. Chociaż jak sobie przypomnę zaczyn na ksylitolu, gnocchi wielkości krążka hokejowego i mus, który miał konsystencję rosołu, że o bezie z cudownie zgrzytającą mąką pod zębami nie wspomnę, to wcale nie jestem pewna co do tej świadomości.
Świat kulinarny zajęty analizowaniem składu kostki rosołowej i stanu psychicznego Grażki zapomniał na chwilę o modach. Przestano się przerzucać racjami na tematy wegańskie, mięsne i na moment zniknęło zło tego świata. No może poza tymi od nieszczelności jelit. Ci zaczęli pić wodę utlenioną i twierdzić, że samoloty pasażerskie opryskują ludzi glutenem, lecz o tym kiedy indziej. Pomyślałam sobie, że skoro kostka rosołowa wzbudza tyle emocji to ja sprawdzę po cichu co można zrobić fajnego w temacie wegańskich deserów. Przepisy brzmiały mi tak jak lubię – mało słodko. Padło na batoniki. Wersji batoników powstało kilka. Z różną ilością czekolady, kakao i mleka owsianego. Te, które miały więcej czekolady na zdjęciach wychodziły cudnie, ale były mdłe w smaku, te zaś z większą ilością płatków były jak karma psia. W końcu, po dokładnie 9 próbach mogę wam podać przepis.
BEZGLUTENOWE, WEGAŃSKIE BATONIKI CZEKOLADOWE
- 5 dojrzałych bananów
- tabliczka dobrej gorzkiej czekolady (czytamy skład!)
- 3 łyżki surowego kakao
- 5 łyżek mleka kokosowego lub owsianego
- około 0,5 kg płatków owsianych lub jaglanych (ilość zależy od wilgotności reszty składników)
- 2 garście żurawiny suszonej
- garść posiekanych orzechów włoskich lub orzechów nerkowca
- kilka wędzonych lub suszonych śliwek
Czekoladę, kakao i mleko umieszczamy w rondelku i na małym ogniu rozpuszczamy na gładką masę. Banany obieramy i kroimy na mniejsze kawałki. Miksujemy na gładką masę i łączymy z masą czekoladową. Wsypujemy orzechy, posiekane śliwki i żurawinę. Mieszamy. Do masy dosypujemy partiami płatki i znowu mieszamy. Musimy uzyskać twardą i zwartą masę w której „łyżka stoi”. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni, grzanie góra dół. I teraz możemy się masą owsianą pobawić. Albo łyżką wykładamy na papier do pieczenia nieforemne ciasteczka, abo robimy płaski prostokąt, który po upieczeniu potniemy w batoniki. Wybór zależy od was. Ważne, żeby ciastka czy batoniki były w miarę płaskie i zwarte. Pieczemy 20 min. Wyciągamy i studzimy. Ostudzone można zanurzyć w rozpuszczonej czekoladzie, ale to już za dużo szczęścia naraz 🙂
Smacznego!

