Mężczyzna powinien być dumny z dużej dupy swojej żony! To oznaka, że im się powodzi. Zresztą ja zawsze twierdziłam, że jestem gruba, bo mnie stać. A co! Ale do rzeczy. W życiu każdej kobiety przychodzi moment, kiedy zaczyna myśleć o diecie. Wtedy schabowe smakują najbardziej, czekolada pachnie z półek sklepowych, a świadomość odpycha wizję dużej dupy. Podjadanie w nocy jest tłumaczone tak samo, jak faceci tłumaczą podniesioną deskę. Gdyby nie wolno było jeść w nocy, w lodówce nie byłoby światła i gdyby klapa miała być zamknięta, nie miałaby zawiasów. Wymówki, wymówki.
Diety to temat rzeka. Pijemy wszystko, od wody utlenionej po wodę z octem. Co bardziej zdesperowane ściągają z zagranicy tabletki, po których zaczynają się problemy z sercem. Prawda jest jednak okrutna. Dupy nam rosną, bo żremy. Mamy cudowny dar do zaczynania diet albo przed świętami albo w Tłusty Czwartek. Mamy okresy ścisłych diet i okresy „jeszcze jeden kawałeczek nie zaszkodzi”. Rowerek stacjonarny częściej służy za wieszak na ubrania niż do ćwiczeń. I niech mi ktoś powie, że życie kobiety jest łatwe. Z dietami to chyba jak z kosmetykami. Przyznajcie się same przed sobą – ile razy wpadłyście do Rossmanna czy innego Hebe, nakupiłyście balsamów, kremów, odżywek i cudów na kiju? Zamierzenie było takie, że będziemy się smarować, klepać, nawilżać i ujędrniać. Aha… Też tak mam. Moja łazienka wygląda jak magazyn drogeryjny, a używam trzech kremów.
Historia moich diet to temat na niezły horror. Jednak czasem fajnie coś zmienić. Odchudzić jakiś mega tłusty przepis, zobaczyć co wyjdzie. Tak było z oponkami serowymi. Dałam się w pierwszej chwili ponieść szaleństwu, jakie zalało blogi i stwierdziłam, że też będę smażyła. Jest jednak jeden, mały problem – nie lubię ani pączków ani oponek, a już chrustów zupełnie. Jeszcze jak ktoś na smalcu smaży to zupełnie mną miota, bo mi śmierdzi. Na dodatek jestem wielką zwolenniczką tradycji, kuchni polskiej i głupio mi tak było grzebać w czymś, co kultywowane jest co roku w prawie każdym polskim domu. Znacie powiedzenie, że ciekawość zabiła kota? Nie wytrzymałam i pogrzebałam w przepisach na oponki serowe, wywaliłam litry tłuszczu i tłuste zmielone sery, dodałam przyprawy i składniki niecodzienne typu burak, marchew, tymianek, liofilizowaną skórkę z cytryny, wanilię, matche oraz wsadziłam do pieca. I wiecie co? Było dooobre! Bardzo dobre. Nie takie puchate jak oponki smażone na tłuszczu, ale lekkie, delikatne i pachnące. Zostały pożarte z kawą. Dla mnie wersja z burakiem wygrywa wszystko. Zastąpiłam biały cukier cukrem brązowym, śmietanę jogurtem i okazało się, że da się zjeść, że smakuje i nikt nie umarł. A że nie ma lukru i nie pływało w oleju? No trudno. Jeśli chcecie spróbować to zapraszam. Nie przeraźcie się ilością składników. Wyszły cztery rodzaje oponek. Może na próbę zmniejszyć o połowę i zobaczyć co wyjdzie.
Pieczone oponki serowe
Potrzebujemy:
- 2 kg zmielonego sera w wiaderku – wieczorem wyrzucamy go na sito wyłożone gazą, niech się odsączy
- 6 jajek
- 6 łyżek jogurtu naturalnego
- łyżkę sody
- 2 łyżki proszku do pieczenia
- ½ łyżeczki soli
- 4 łyżki cukru brązowego
- 2 łyżki domowego cukru waniliowego – ja mam robiony na cukrze jasnym, brązowym
- mąka pszenna od 1,5 kg do 2 kg – zależności ile wam zabierze.
Odsączony twaróg łączymy ze wszystkimi składnikami w misce. Dodajemy stopniowo przesianą mąkę. Na początku wyrabiam hakami do ciasta. Potem przekładam na stolnicę, podsypuję mąką i wyrabiam do momentu aż ciasto będzie elastyczne i będzie się łatwo wałkować. Ciasto podzieliłam na cztery równe części. Oponki pieczemy 15 minut w 170 stopniach.
Część I – zwykłe oponki serowe, pieczone. Do ciasta dodałam ziarenka z jednej laski wanilii. Możecie dodać pół łyżeczki pasty waniliowej lub pominąć ją całkowicie. Rozwałkowałam, wykroiłam i do pieca.
Część II – oponki z marchewką, szafranem i pomarańczą. Marchewkę zawinęłam w folię i upiekłam w piekarniku do miękkości. Zmiksowałam ją razem z namoczonym szafranem (kilka nitek w dwóch łyżkach ciepłej wody), skórką obraną z jednej pomarańczy i liofilizowaną skórką cytrynową. Jeśli nie macie szafranu, dodajcie skórkę z limonki, żeby było inaczej :). Zmiksowałam te wszystkie składniki razem i dodałam do ciasta. Wyrobiłam dodając trochę mąki, bo składniki były wilgotne i ciasto zrobiło się za luźne. I tak samo do pieca.
Część III – oponki z burakiem, tymiankiem i miodem. Upieczonego w piekarniku buraka zmiksowałam z łyżką miodu i listkami świeżego tymianku. Dodałam do ciasta, podsypałam mąką i to samo co z poprzedniczkami. Ciasto ma przepiękny kolor, który traci w pieczeniu. Jeden miły pan poradził mi, żeby następnym razem dodać łyżeczkę octu 10%, żeby kwas kolor utrwalił. Jest powód do ponownego pieczenia 😀
Część IV – oponki z matcha i cytryną. Łyżeczkę matchy zalałam 2 łyżkami wody. Do ciasta dodałam napar i skórkę z cytryny. Ciasto jest fajnie zielone i ono nie traci koloru tak jak to z burakiem.
Przy okazji odkryłam, że jak się zostawi wycięte krążki, bez dziurek w środku na jakieś 2h i wsadzi się je potem takie całe do pieca, to wychodzą cudownie lekkie bułeczki deserowe.
Może to wszystko brzmi dziwnie, ale jest fajne i inne. I warto czasem spróbować. Jeśli komuś wersja pieczona nie odpowiada, to zawsze może je usmażyć :) to jest takie ciasto jak na tradycyjne oponki. Tylko inne. Już kiedyś napisałam, że brzydkie dzieci też należy kochać :)
Smacznego 🙂






Widzę, że jedna mordercza opona poleciała aż na lampę 😛
A za tekst „Mężczyzna powinien być dumny z dużej dupy swojej żony!! To oznaka, że im się powodzi” to Cię kocham! 😀
„Mężczyzna powinien być dumny z dużej dupy swojej żony! To oznaka, że im się powodzi.”
Hahahahaha:)
Ja robię bunt i oponek, pączków, chrustu nie smażę/piekę wcale! Ale odchudzona wersja mi się podoba. 🙂