
Podobno jest tak, że jak poziom hipsterstwa osiągnie stan krytyczny to pojawia się Liza Minnelli. Po spacerze w oparach krakowskiego smogu i nasłuchaniu się Donny Summer stwierdzamy prawdziwość powiedzenia, że jak Ci się życie pieprzy to kupuj beret i sweter w jelenie skandynawskie i jedź do Krakowa zostać artystą. Tylko artysta jest w stanie zrozumieć obiad złożony z tak cieniutkiego plasterka wołowiny, że przy dotknięciu go nożem rysuje się talerz. Ba! Nie tylko rozumie, ale i się zachwyca i mówi innym męskim inaczej jakie to jest wspaniałe i cudowne i unosi się nad tym duch Witkacego i Gombrowicza. Nie żebyśmy narzekali na poziom krakowskiej gastronomi, bo jak wiadomo ta jest boska, ekologiczna i krowy ze śpiewem na pysku i zadartym wymionem idą oddawać życie za hipsterskie stejki w cenie 130 zł każdy.
Podczas jednej z imprez kulinarnych poznaliśmy blogera, któremu przekroczenie 3 tys. lajkow trzasnęło w kopułę, obiło się szerokim echem od czaszki i podsunęło mu myśl, że o kuchni wie wszystko. Tymczasem tenże bloger spożywał śledzia zachwycając się smakiem makreli oraz konsumując upierdliwie niedobrą tartę zachwycał się jej aksamitnością. Albo diler ich oszukuje albo leków nie biorą. Tylko w Krakowie można spotkać restaurację, w której przy wyjściu proszą cię o wypełnienie ankiety dotyczącej pracy kelnera. Przegranych wrzuca się do basenu z piraniami albo do Wisły. Nie wiadomo co gorsze.
Teraz z zainteresowaniem obserwowaliśmy co się działo z wyborami. Z barykadowaniem się w PKW włącznie. Jesteśmy trochę zawiedzeni, bo liczyliśmy na festiwal gumowych kul i koktajli Mołotowa oraz armatek wodnych. Gdyby jakaś organizacja spełniała marzenia blogerów to ja mam jedno: chcę zlać z armatki wodnej umieszczonej na czołgu jakiegoś hipstera i to tak, żeby się nie pozbierał. I tak sobie myślimy, że nawet zamieszek naród nie potrafi zorganizować. Mamy takiego Wiplera, który cieniutkim głosem piszczy jak mysz w połogu, bo go baba bije a taka Francja ma falę emigrantów, która pali przedmieścia Paryża.
Z kuchnią chyba mamy podobnie. Nie możemy się zdecydować na radykalizm. Albo mamy fanów radosnej twórczości, albo modernistów, którzy uważają, że największym osiągnięciem gastronomi jest palone siano i karmelizowany kożuch z mleka. Na nieszczęście tych ostatnich przybywa. A my jak te proste, ordynarne chamy ze wsi żywimy się kebabem spod Jubilata.
Jednak są takie dni, kiedy chcemy się poczuć jak elita kulinarna. Wtedy przeglądamy blogi, odwalamy to, co modne, po czym stwierdzamy, że zostaje woda i przepisy na kawę, więc zaczynamy kombinować po swojemu. Takie działania przyniosły ostatnio efekty w postaci soczewica ze schabem i jabłkami.
Może brzmi dziwnie ale jest pysznie. Tradycyjnie podzielę to na dwie części i każdą opiszę. Można sobie zrobić samą soczewicę, sam schab do kanapek, co kto lubi. A więc, do dzieła!
Soczewica: zieloną soczewicę (paczuszka 250g) zalewam zimną wodą, dorzucam 2 ziela angielskie, 1 listek laurowy i plasterek cytryny i gotuję al dente. Soczewica się gotuje więc kroimy warzywa. Jedną cebulę, jedną marchewkę, jedną pietruszkę, ćwiartkę selera, ½ pora, ząbek czosnku i sporą ilość suszonych pomidorów. Rozgrzewamy woka lub patelnię i na odrobinie oleju z pomidorów smażymy wszystkie warzywa. Dokładamy ugotowaną soczewicę. Doprawiamy sosem sojowym, pieprzem i odrobiną soli.
Schab:
Zacny kawał schabu (ja miałam 1,5kg) obtaczamy w przyprawach. Ja na deskę wysypałam majeranek, sól, pieprz, czerwoną słodką paprykę, suszony czosnek, cząber i czosnek niedźwiedzi. Turlamy schab po desce z przyprawami i odstawiamy go na godzinkę do lodówki. Obieramy 4 spore jabłka lekko kwaskowe i 3 cebule. Jabłka kroimy na ćwiartki i pozbawiamy gniazd nasiennych, a cebulę kroimy na grube plastry. Dno naczynia żaroodpornego smarujemy olejem i na tym układamy cebulę i jabłka. Posypujemy solą, pieprzem i tymiankiem. Schab obsmażamy z każdej strony na mocno rozgrzanej patelni z odrobiną oleju. Taki przyrumieniony schab układamy na jabłkach. Na patelnię wlewamy trochę wody i mieszając zgarniamy całą dobroć ze smażenia. Dodajemy to do naczynia. Podlewamy schab i jabłka ½ szklanki wody, dodajemy listek laurowy i przykrywamy. Ja swój kawałek piekłam 1,5h. Piekarnik nagrzałam do 220 stopni i wsadziłam odkryte naczynie na 10 min. Po upływie tego czasu zmniejszyłam temperaturę do 170 stopni, przykryłam naczynie i zostawiłam swojemu losowi.
Upieczony schab przełożyłam na deskę a jabłka i cebulę zblendowałam dodając 4 duże łyżki jogurtu naturalnego. Tak powstały sos doprawiłam solą, pieprzem i odrobiną cukru. Sos brzmi może dziwnie ale jabłka, cebula i wszystkie soki z pieczenia dają genialne połączenie, no i świnka kocha jabłuszka.
Plastry schabu podajemy z soczewicą i sosem.
Smacznego!


Strączkowe rzadko w kuchni widuję, ale zacny schab i owszem. A ten przepis to już na pewno przetestuję. 🙂 Będzie piekło się!