Minął weekend. Czas moralnie wątpliwych decyzji, złego prowadzenia się i jeszcze gorszego towarzystwa. Budzicie się w poniedziałek rano i stwierdzacie, że na Facebooku należycie do grupy „Pokoje bez klamek” i, co gorsza, jesteście przewodniczącą. Targają wami wyrzuty sumienia, mdłości, kac i solenne obietnice poprawy. Zupełnie jak mną po obejrzeniu wszystkich odcinków „Dynastii”. Obietnice poprawy wiążą się ze zmianą trybu życia i zmianą diety. Niestety, żyjemy w czasach, kiedy oznajmienie w towarzystwie, że lubimy czasem wpaść do KFC równe jest publicznemu oświadczeniu, że jesteśmy nosicielami gruźlicy i dżumy i właśnie zamierzamy kichnąć. Pełna panika.
Chciałam napisać posta bezmięsnego całkowicie, takiego proekologicznego, pełnego zdrowia i szczęśliwych kur oraz krów bez depresji. Jednak czuje się dziwnie pisząc takie posty jako zadeklarowany mięsożerca. Czuję się jak pyszny sos z pieczeni w misce pełnej tofu. Zupełnie nie na miejscu, ale za to pyszny. Pewnie ktoś sobie pomyśli, że moim marzeniem jest strzelanie do wegan i wegetarian. Nic bardziej mylnego. Lubie nowe smaki, nowe dania i z chęcią sięgam zarówno do kuchni wegańskiej jak i wegetariańskiej, jednak nie jest to poparte filozofią i misją dziejową. Natomiast uważam, że zachowanie niektórych wola o pomstę do nieba.
Do kuchni bezmięsnej przekonują mnie moi znajomi, którzy o swojej kuchni mówią pysznie i z pasją. Nie wtrącają co chwila raka, piekła dla mięsożerców, wszelkich chorób, plag egipskich i innych atrakcji związanych z konsumpcją mięsa. Odnoszę wrażenie, że bycie weganem jest cool i trendy. Znajomi podziwiają, a tymczasem w skrytości lodówki wpierdzielają parówki. Nie cool. Moda na weganizm zachowuje się jak majty prostytutki. Wznosi się i opada. Na dzisiaj majty są w górze, więc wszyscy szaleją. Nie lubię rozmawiać z weganami z powodów religijnych – oni chcą być traktowani jak bóstwa i chcą, żeby im oddawać cześć i szacunek, natomiast ja w tej kwestii pozostaję ateistką. Lubię czasem zjeść mięcho i proszę bardzo, można mnie pozwać.
Ale żeby nie wyjść na jednostkę, która w zadku ma los tego świata dziś będzie o soczewicy, burakach i warzywach. Przepis zawiera pierś kurzą, ale ortodoksi zamkną oczy przy czytaniu i będzie cacy. Przepis jest upierdliwy, zajmuje jakieś dwie godziny, ale warto.
Danie składa się z trzech elementów, więc każdy z nich opiszę osobno, zarówno składniki jak i przygotowanie.
PIERŚ Z KURCZAKA – weganie i wegetarianie zamykają oczy
- filet z kurczaka
- łyżka miodu
- dwie łyżki sosy sojowego
- sok z jednej cytryny
- 3 ząbki czosnku
- łyżeczka koncentratu pomidorowego
- pół łyżeczki słodkiej papryki
- olej
Dzień przed obiadem właściwym filety lekko solimy i oprószamy pieprzem. W misce w której będziemy je marynować mieszamy wszystkie składniki marynaty. Ma być lekka emulsja. Nurzamy w niej kurczaka, starając się go bardzo dokładnie pokryć marynatą. Przykrywamy miskę folią i wkładamy do lodówki. Zostawiamy na minimum 12h. W dniu obiadu filety lekko smażymy po 2-3 min z każdej strony, wkładamy do naczynia żaroodpornego, podlewamy szklanka wody i łyżką oleju i wsadzamy do nagrzanego piekarnika. Temp 190 stopni, 40 min. Dodatek wody sprawi, że filet dojdzie i nie będzie suchy jak wiór.
SOCZEWICA ZIELONA
- pół szklanki soczewicy na osobę
- jedna marchewka
- jedna pietruszka
- pół selera korzeniowego
- dwie gałązki selera naciowego
- jedna cebula
- ząbek czosnku
- mały kawałek dyni
- liść laurowy
- dwa ziarenka ziela angielskiego
- gruby plaster cytryny
- sól, pieprz
- olej
- 3 łyżki sosu sojowego
Soczewice płuczemy pod bieżącą wodą, na sicie. Wsadzamy do gara w którym będziemy gotować. Zalewamy wodą. Na szklankę soczewicy 2-3 szklanki wody. Dodajemy liść laurowy, ziele angielskie i plaster cytryny. Co ważne, nie solimy. Soczewica potrzebuje około 20 minut, miękkość sprawdzamy „na ząb”. W trakcie gotowania można dolać wody, gdyby za bardzo odparowała. W międzyczasie kroimy warzywa w drobną kostkę, czosnek w drobne paseczki. Rozgrzewamy wok lub dużą patelnię, wlewamy 4 łyżki oleju, ja użyłam kujawskiego „3 ziarna”. Wrzucamy warzywa i smażymy. Jak zaczną mięknąć dodajemy sos sojowy. Ugotowana soczewicę dokładnie odcedzamy i dorzucamy do warzyw. Starannie mieszamy. Doprawiamy solą i pieprzem. Jak ktoś lubi może doprawić odrobiną gałki muszkatołowej.
SAŁATKA Z BURAKÓW
- 2 spore buraki
- opakowanie rukoli
- prażone pestki dyni
- łyżka miody lipowego
- łyżka octu balsamicznego
- łyżeczka tymianku
- łyżeczka oleju
- olej rydzowy do rukoli
- sól, pieprz
Buraki obieramy i gotujemy w wodzie z cukrem i solą. Po jednej łyżeczce cukru i soli na garnek z wodą. Gdy zaczną mięknąć dodajemy 2 łyżki octu jabłkowego. Ugotowane studzimy i kroimy na dowolne kawałki. U mnie to były słupki. W misce buraki mieszamy z miodem, octem balsamicznym, solą, pieprzem i tymianek. Próbujemy. Jeśli za słodkie dodajemy sok z cytryny. Jeśli za mało wyraźne pieprz i ocet pokręcą smak. Tak wymieszane buraki wrzucamy na mocno rozgrzaną patelnię z odrobiną oleju. Szybko smażymy, tak żeby zrobiła nam się pyszna glazura z octu i miodu. Na talerzu układamy rukolę. Skrapiamy olejem rydzowym, układamy buraki i posypujemy prażonymi pestkami dyni.
Kurczaka wyciągamy, kroimy w plastry i układamy na soczewicy.
Smacznego 🙂


Takie opisy mogę czytać wielokrotnie. Ech
Suyper ja ogólnie jestem wegatarianinką i osobiście bardzo nie lubię mięsa w praktycznie żadnej postaci. Również uważam, że lepiej jest dosyć syto, ale lekko wtedy mamy siłę zrobić jeszcze więcej.
Przepięknie wygląda to danie! Sam w kuchni mam dwie lewe ręce i potrafię przygotować jedynie podstawowe dania typu kanapki i jajecznica. Patrząc na to danie aż chce się człowiek nauczyć gotowania i przygotowywania tak wystawnych dań