Obiecałam wam kiedyś, że ustosunkuję się do „dzieła wiekopomnego”, jakim jest „50 Twarzy Graya”. Najpierw miałam się wypowiedzieć o książce, która uznałam za gniot pierwszej wody, zawierający elementy porno w wersji hard. Jednak potem dane mi było obejrzeć film…
W życiu nie przypuszczałam, że będę bronić książki, ale od początku. Z dziełem zetknęłam się dzięki jednemu znajomemu, który przesłał mi ją via mail i okrasił słowami „ja się sam męczył z tym nie będę”. Zaciekawiona, co tak wstrząsnęło jego jestestwem zaczęłam czytać. Po pierwszym rozdziale dostałam raka oka, ale brnęłam dzielnie dalej. Po rozdziale 5 miałam ochotę podawać sobie do drugiego oka, długą igłą kokainę, ale obiecałam, że przeczytam, więc czytałam. Mój Boże!! Jak ja zazdrościłam autorce polotu, fantazji i płodności literacki. Takie gówno rozwlec na trzy tomy! Szacun! Niektórzy krytycy literaccy wzięli to na warsztat i się zaczęły analizy. Psychologiczne analizy. Doszukiwano się treści ukrytych, przekazów podprogowych i głębokich nurtów z zakresu psychiatrii klinicznej. Prawda okazała się prosta i banalna. Prymuska, dziewica i lekko nieogarnięta dziewoja poznaje miliardera. Pan oprócz kasy, klasy i helikoptera lubi paniami poniewierać. Brunetkami konkretnie, gdyż te przypominają mu matkę. Jak dochodzicie do tego momentu, to słychać rechot Freuda. Serio. Ad rem – pan lubi panie wiązać i spuszczać im delikatny łomot. Nasz bohaterka ma obiekcje, ale pana kocha, bo kto by nie kochał gościa z helikopterem. Smutny wniosek jest taki, że jeśli masz kasę, to możesz wiązać, bić, poniżać i maltretować psychicznie, a i tak zostaniesz bohaterem kobiet. Gdybyś był zwykłym Zenkiem z Pcimia Górnego, za taki łomot trafiłbyś przed oblicze sądu. Z drugiej strony zawsze można panu w ramach rewanżu dać w ryj. Jednak nie nasza bohaterka. Nią targają uczucia. Dziwne uczucia, podobne do jazdy kolejką górską, rzygać się chce jednak widoki są piękne. Tysiące kobiet zazdrościły bohaterce. Jeszcze więcej chciało być na jej miejscu. Ba!! Nazywały ją głośno „głupią ci*ą” i „niezdecydowaną krową”. Panowie w porównaniu z Grayem wypadali jak nasza reprezentacja w piłkę kopaną, na tle reprezentacji Brazylii, czyli słabiutko i blado. Księgarnie robiły kasę na rozmarzonym narodzie kobiecym, autorka liczyła jeszcze większą kasę i produkowała kolejne dzieła a panie w amoku czytały. Tu trzeba oddać honor autorce, dzięki niej, niektóre kobiety przeczytały swoją pierwszą książkę w życiu.
Niestety drogie panie, prawda jest brutalna. Za rogiem nie czeka Gray ani tym bardziej helikopter. Czeka ktoś inny, o niego trzeba dbać i trzeba go żywić a być może kupi wam ten cholerny śmigłowiec. Okres wiosenny sprzyja grillowaniu, to chyba wszyscy Polacy lubią, a to okazja, żeby posiadany zadatek na milionera nakarmić żeberkami. Sprzedam wam patent na żeberka idealne. Żeberka z grilla.
Potrzebujemy:
- 2 kg mięsnych żeberek
- główkę czosnku
- 3 duże cebule
- 4 łyżki słodkiej papryki
- 3 łyżki majeranku
- 1 łyżka ostrej papryki
- 6 ziarenek ziela angielskiego
- 4 liście laurowe
- 3 goździki
- 1 gwiazdkę anyżu
- ½ łyżeczki cynamonu
- ½ łyżeczki gałki muszkatołowej
- 2 łyżki soli
- kilkanaście ziarenek pieprzu
- cytryna pokrojona w grube plastry
Na glazurę:
- 3 łyżki koncentratu pomidorowego
- 3 łyżki miodu
- 3 łyżki oleju
- sok z cytryny
Żeberka kroimy na mniejsze porcje. W wielkim garze gotujemy wodę. Do gotującej wody wrzucamy wszystkie składniki (żeberek nie wrzucamy). I gotujemy na mocnym ogniu przez pięć minut. Wyłączamy. I wsadzamy żeberka. Zostawiamy na całą noc. Minimalnie 12h. Po upływie tego czasu żeberka wyciągamy z marynaty, osuszamy ręcznikiem, mieszamy składniki glazury i smarujemy nią żeberka. Jeśli nie mamy możliwości grillowania, to rozgrzewamy piekarnik do 190 stopni i pieczemy żeberka około 30 min. Na tym tłuszczu co się wytopi można odsmażyć młode ziemniaki 🙂
Smacznego!




Chyba najlepsze zdjęcie żeberek jakie widziałam ;p muszę je zrobić wg Twojego przepisu i to jak najszybciej!
O jejku jejku… Żeberka to są naprawdę przepyszne. Uwielbiam i takie z grilla, i takie z piekarnika, i z patelni, i gotowane… Ale najlepsze faktycznie są z grilla, wcześniej zamarynowane w musztardzie z miodem. Ah, ślinka mi leci na samą myśl, czas zorganizować jakiegoś grilla i juz wrzucać żeberka a marynatę, żeby doskonale przeszły jej składnikami.
Nie chciałbym być jakimś męskim szowinistą, ale myślę, że zamiast zajmować się taką durną książką czy filmem, lepiej zrobić takie żeberka. Nie mówię tu o wysłaniu kobiety „do garów”, ale wspólnym miłym pichceniu. W takiej kuchni może się zdarzyć o wiele więcej ciekawszych „wydarzeń” niż po lekturze tej książki… A sam czas spędzony na niej można lepiej zagospodarować we dwoje… Wracając do żeberek, pierwsza klasa 🙂