Zupa marchewkowa

foty di-6

Przed Państwem Pani Marchewka w zupie. Znaczy, że zupa z marchwi. W sumie to krem. Znaczy no… no co ja będę mówić,  zapraszam do lektury.

Marchew do tej pory to nam się kojarzyła z sałatką jarzynową, marchewką z groszkiem (tu pozdrawiam personel szkolnej stołówki) oraz dodatkiem do zimnego rosołu na weselach. Myślę, że zupa z marchewki jest dobrym sposobem żeby to poczciwe warzywo odczarować i zmusić tych, którzy dostają drgawek na widok marchwi do spożycia dawki witamin i karotenu.

  • Na średniej wielkości garnek potrzebujemy:
  •  jedną cebulę
  • 2 cm imbiru
  • pół małej papryczki chilli ( ja daje całą, ale ja jestem dziwna)
  • 3 ząbki czosnku
  • 8 marchewek pokrojonych w grube plastry
  • bulion, ale jak ktoś nie ma to sama woda z (jak już ktoś musi) kosteczką rosołową też da radę
  • łyżkę masła
  • świeży tymianek
  • sól, pieprz
  • odrobinę gałki muszkatołowej
  • mleczko kokosowe, jak ktoś nie lubi to zwykła śmietana 18%
  • blender
  • sito
  • groszek ptysiowy, ale i tak wszystko biją grzanki własnoręcznie robione z razowca

W garnku w którym robimy zupę rozgrzewamy masło, jak ktoś strachliwy, że się przypali i będzie syf, to dodaje odrobinę oleju. Na rozgrzane masło (strachliwi – masło z olejem) wrzucamy pokrojoną cebulę, imbir (obrany), chilli i czosnek. Szybko mieszamy, lekko podsmażamy i wrzucamy marchew. Kiedy wiemy, że nam się cebula podsmażyła? Ano wtedy jak robi się szklista, przeźroczysta na bokach. Szklista mówię, nie brązowa. W tej zupie kolor brązowy jest de mode i ogólnie małe trendi, jezzy i cool, czy jak to się pisze. Ale wracając do zupy – mając już marchew w garnku, mieszamy kilka razy żeby cała pokryła się cebulą i zalewamy bulionem. Gotujemy aż marchew zmięknie. Jak już stwierdzimy, że marchew jest na tyle miękka, że dalibyśmy ją niemowlakowi bez zębów – bierzemy blender i miksujemy. Długo. Na gęstą masę. I teraz mamy dwa sposoby. Albo jesteśmy leniwi i dajemy sobie spokój z przecieraniem przez sito, ryzykując kawałki marchewki ocalałe z blendowania, albo też wykazujemy się benedyktyńską cierpliwością i przecieramy powstały krem eliminując wszelkie grudki stające nam na drodze do ideału 🙂 Posiadając już w naczyniu produkt przetarty lub nie, dodajemy mleczko kokosowe (tu należy pamiętać o wstrząśnięciu opakowaniem żeby się mleczko zrobiło mleczkiem a nie pulpą w wodzie), lub śmietaną uprzednio ją hartując. Solimy, pieprzymy, dodajemy gałkę muszkatołową. Próbujemy! Bo przecież nie chcemy żeby się na nas dziwnie patrzono, że niby za słone albo chytrusy jesteśmy i pieprzu nam żal…

Wlewamy na talerz, dodajemy grzanki, kleks gęstej śmietany i gałązkę świeżego majeranku,

Szał jest i staniki latają 🙂 warto się trochę pomęczyć. Kolor jaki ma ta zupa rozświetli te „fantastyczne” barwy szarości za oknem.

Kategorie: Zupy.