Za oknem mamy jak mamy. Straszy nas Orkan, koniec świata oraz Edyta Górniak twierdzi, że pan z Szybkich i Wściekłych nie zginął w wypadku, tylko został zestrzelony przez Drona. Ale o tym możecie przeczytać na Pudlu. Jednym słowem – apokalipsa. W przerwie między szykowaniem się na koniec świata i apokalipsę zombie, proponuje coś fajnego, wesołego i pysznego. Coś co nie wymaga stania w kuchni 4 godzin i nie brudzi sterty naczyń.
Do zrobienia tabbouleh potrzebne nam będą:
- paczka kaszki kuskus
- 3 pomidory ( obrane ze skórki ale nie pozbawione pestek)
- ogórek ( obrany ze skórki ale pestek pozbawiony)
- pół żółtej papryki
- pół czerwonej papryki
- czerwona cebula
- 2 ząbki czosnku
- pęczek pietruszki
- kilka listków mięty
- oliwa z oliwek, ja czasem daje olej kujawski i też daje radę
- sól, pieprz
- sok z połowy cytryny
Kuskus przygotowujemy tak jak na opakowaniu producent nam każe. Ja przed zalaniem kaszy wrzątkiem, skrapiam ją sokiem z cytryny i odrobiną oleju. Najlepiej to zrobić w misce, w której będziemy robić tabbouleh. Pozostałe składniki kroimy bardzo drobno w kosteczkę. To ważne, aby kawałki były małe. No tyle, możecie się poświęcić 😛 Wszystkie składniki wrzucamy do lekko przestudzonego kuskusu. Ciepła kasza wchłania smak dużo lepiej niż zimna. Mieszamy wszystko dokładnie. Dodajemy drobno posiekany pęczek pietruszki i posiekane listki mięty, skrapiamy olejem lub oliwą, dodajemy sól, pieprz i starty czosnek. Mieszamy. Odstawiamy do lodówki, żeby się „przegryzło”, a w tym czasie możemy zrobić grzanki lub jakieś mięsko 🙂 dowolność podawania. Jadłam kiedyś tabbouleh ze smażonym serem i było pysznie.
Smacznego


o, coś dla mnie, kuskus uwielbiam 🙂 ogórki i pomidory też 😉
Dobrze doprawione jest całkiem-całkiem 🙂
Od siebie mogę polecić urozmaicenie w postaci świeżej kolendry (duuużo :D) i mango. Słodycz tego drugiego fajnie przełamuje całość. I można podlać sokiem pomarańczowym. Pycha 🙂
z mango i sokiem nie próbowałam, jutro robię 🙂 dam znać jak wyszło